środa, 12 listopada 2014

Rozdział 14. Nadzieja umiera ostatnia



Wlekłyśmy się uliczkami Liverpoolu. Z Marceliną było coraz gorzej. Nienawidziłam siebie. Bo to ja ją w to wplątałam. Maskowała ból i strach śmiejąc się, zakrywając ranę. Nie chciałam dłużej na to patrzeć. Nie miałyśmy pojęcia dokąd idziemy. Była noc, zero ludzi. To była żmudna robota, a Marcelina traciła coraz więcej krwi.
  - Daleko jeszcze do szpitala? – Zapytała po chwili przyjaciółka.
  - Nie, to już niedaleko. – Pocieszałam ją po raz kolejny. Tak naprawdę nie miałam pojęcia gdzie może być szpital.
Zastanawiałam się też, gdzie jest Julian, co robi, czy na szuka? Chyba po prostu tęskniłam. Po kilku godzinach, gdy Marcelina była blada jak śmierć zaczęłam mniej więcej rozpoznawać okolicę. Gdzieś niedaleko powinien być dom Kennedy’iego. Zaczęłam szybciej ciągnąć przyjaciółkę, w kierunku, który wydawał mi się właściwy.
  - Auu…- Jęknęła.
  - Przepraszam. – Szepnęłam i trochę zwolniłam.
Po kilku minutach przed naszymi oczami ukazał się dom zmarłego przyjaciela.
  - Jesteśmy. – Poinformowałam przyjaciółkę, która zgięta wpół przyglądała się ranie.
  - Cudownie.
Doszłyśmy do drzwi. Były otwarte. Zaciągnęłam przyjaciółkę do kuchni. Mimo zgaszonego światła nie miałam problemu z odróżnieniem sylwetki… Juliana!
  - Julian! – Krzyknęłam i podbiegłam do niego.
Marcelina pozbawiona mojego oparcia zatoczyła się i prawie upadła. Blondyn poderwał się z krzesła i przytulił mnie.
  - Nie ma czasu! – Wrzasnęłam. –Marcelina!
Julian natychmiast podszedł do czarnowłosej i podtrzymał ją.
  - Jedziemy do szpitala.- Powiedział Julian i zaczął iść do samochodu.
 Bezwiednie potruchtałam za nimi. Modliłam się tylko żeby Marcelina przeżyła. Usadowiłam się na przednim siedzeniu obok Juliana. Wzięłam głęboki oddech. Po chwili poczułam, że ktoś dotyka mojej ręki. To Julian. Jego ręka była taka zimna.
  - Będzie dobrze. – Powiedział.
Uśmiechnęłam się blado. Julian odpalił silnik i ruszył.
   - Szukałeś nas?- Zapytałam po chwili.
   - Oczywiście. – Odpowiedział smutno. – Powysyłałem policję wszędzie. Szukałem też na własną rękę, ale nigdzie nie mogłem was znaleźć.
   - A Kennedy…? –Zaczęłam, ale Julian mi przerwał.
   - Widziałem go. – Westchnął i potarł ręką twarz. – To moja wina. Ja was wszystkich w to wplątałem.
   - Nie obwiniaj się. – Powiedziałam smutno. Wiedziałam, że to co mówiłam wcale mu nie pomagała, ale jak to mówią: ,,Nadzieja umiera ostatnia”.
   - Jak to się stało? – Zmienił temat, a ręce zaczęły mu się trząść. Tak bardzo chciałam mu pomóc. Wiedziałam jak to wszystko go przytłaczało.
   - Zadzwonił dzwonek, Kennedy myślał, że to ty i …- Zacięłam się. Na wspomnienie tamtej chwili chciało mi się płakać.
   - Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. – Powiedział Julian.
   - Powiem. – Wzięłam oddech i zaczęłam opowiadać.
Powiedziałam Julianowi, o tym jak zabili Kennedy’iego, jak zawieźli nas do tamtej piwnicy, jak próbowałyśmy uciec, jak Max postrzelił Marcelinę. Pod koniec opowieści po prostu się rozpłakałam. To wszystko było dla mnie za wiele. Nawet w najgorszym koszmarze, nie dzieję się takie rzeczy. Nie mogłam znieść myśli, że tyle osób przeze mnie cierpiało. Pomyślałam o cioci i tych jej znajomych u których mieszkałam. Od mojego wyjazdu nie miałam z nimi kontaktu. Pewnie już dawno mnie pochowali. Szybko odgoniłam zbędne myśli i znów zwróciłam się do Juliana.
  - Daleko jeszcze ten szpital? – Zapytałam beznamiętnie.
  - Nie, już za chwilę będziemy. – Powiedział Julian i uśmiechnął się blado.
  - To dobrze.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że Marcelina bardzo ciężko oddychała. Nie odezwałam się do niej. Nie chciałam męczyć jej zbędnym wysiłkiem, takim jak mówienie. Spojrzałam za okno. Panowała prawie zupełna ciemność. Mijane przez nas drzewa błyskawicznie znikały w tyle. Uświadomiłam sobie, że Julian jedzie sto sześćdziesiąt na godzinę. Na szczęście ulica byłą prawie zupełnie pusta. 
  - Dziękuję. – Powiedziałam smutno.
   - To nie moja zasługa. – Westchnął Julian. – Gdybyście w porę nie przyszły Marcelina mogłaby już nie żyć.
  Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się pod budynkiem szpitala miejskiego. Szybko wygramoliłam się z samochodu. Na zewnątrz panował niesamowity mróz. Mój oddech zamienił się w białą mgiełkę. Nawet nie zauważyłam kiedy Julian okrył mnie swoją kurtką. Odwróciłam się, by zobaczyć, czy pomógł już wysiąść Marcelinie. Ale on stał wpatrzony w nią jak wryty.
  - O co chodzi? – Zapytałam.
Byłam przerażona. O co mogło mu chodzić?
  - Nie żyje.
*********************
 A oto prezentuję wam pomysł Violetty, który poddała mi w jednym z komentarzy. ;)

3 komentarze:

  1. Super! Zakończenie... prawie się poryczałam. Ale przyznaję, że to dobry pomysł. W wielu książkach tak jest. Bohaterowie, którzy i tak mają przechlapane tracą dodatkowo swoich bliskich. Życzę ci dużo weny. Pozdrawiam. ~Alice

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny pomysł i oczywiście rozdział! Takie zakończenie było do przewidzenia jednak teraz bardziej ciekawa jestem jak poradzi sobie główna bohaterka ze stratą przyjaciółki :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Biedna Marcelina. Biedna Maryla. Ale rozdział i tak fajny. weny ~Dorcas

    OdpowiedzUsuń