Zamurowało mnie.
Nie mogłam uwierzyć w nic co działo się wokół mnie. Zaparło mi dech. Zaczęłam
się krztusić, łzawiły mi oczy. Czułam, ze coś zaraz rozsadzi mnie od środka. To
nie mogła być prawda. Marcelina nie mogła umrzeć. A najgorsze w tym wszystkim
było to, że to wszystko była moja wina. Nie wiedziałam kiedy znalazłam się
zalana łzami na chodniku. Nie zwracałam uwagi na Juliana, który chyba coś do
mnie mówił. To wszystko było dla mnie za wiele. Za wiele. Ta cała mafia,
Kennedy, a teraz jeszcze Marcelina. Nie miałam siły żyć. Chciałam tu i teraz
palnąć sobie w głowę.
- Maryla… -Doszedł
do mnie lament Juliana.
Nie miałam siły, żeby się odzywać. Nie wstawałam, kiedy
ciągnął mnie za rękę. Miałam wszystko gdzieś. Wszystko posypało się w jednej
chwili.
Żal.
Ból.
Rozpacz.
Wszystkie te uczucia
kołatały się w mojej głowie, w moim ciele, w mojej duszy. Chciałam ich
przeprosić. Marcelinę, Kennedy’iego, rodziców. Ale oni wszyscy nie żyli.
Wszyscy, na których mi zależało.
- Musimy iść. –
Usłyszałam ściszony głos Juliana.
A on jednak żył. Ostatnia nadzieja, ostatni ratunek. Bez
słowa podniosłam się z chodnika i oparłam o ramię chłopaka. Gdyby nie on na
pewno bym się przewróciła. Nie wiem nawet kiedy wszystko zaczęło się
rozmazywać, żeby w końcu zniknąć w nicości.
*************
Ostre światło
słoneczne przedostające się do pokoju przez małe okno oślepiło mnie. Zamrugałam
kilka razy i przekręciłam się na bok. Zobaczyłam znajomą, damską sylwetkę. Ciocia.
- Ciociu? To ty?
–Zapytałam niepewnie.
Mój głos był niebezpiecznie zachrypnięty.
- Tak. To ja. –
Chlipała. – Tak się martwiliśmy.
Zastanawiałam się gdzie jestem. I co robiła tam ciocia.
- Co się dzieje? –
Zapytałam.
- Może ja wyjaśnię.
– Usłyszałam męski głos i odwróciłam się w jego stronę. Julian. Był tu.
- Po
śmierci…Marceliny… - Kontynuował. - …Zemdlałaś. Postanowiłem zawieźć cię do
Polski.
Nie wiedziałam co
powiedzieć. Znów byłam w Polsce. Byłam jednocześnie zrozpaczona i szczęśliwa.
- A co z …nią? –
Zapytałam cicho i poczułam jak łzy zbierają mi się w kącikach oczu.
- Pogrzeb odbył
się wczoraj. – Westchnął Julian.- Nikt nas za to nie wini…
Odbył się? Jak to? Ile ja spałam?
- Ile…
- Trzy dni. –
Odrzekł chłopak jakby czytając w moich myślach.
Westchnęłam głośno. Ale się porobiło.
- Ciociu
przepraszam… - Jęknęłam.
- To nie twoja
wina. Sytuacja tego wymagała. Rozumiem. – Powiedziała.
- Ciociu,
chciałabym porozmawiać z Julianem. – Powiedziałam.\
Ta przytaknęła i wyszła.
- Już wszystko
załatwione? – Zapytałam. – Ci z mafii nas nie szukają?
- Nie martw się.
Jesteśmy bezpieczni. – Uśmiechnął się blado.
Chciałam w tamtej
chwili wyznać mu co do niego czułam. W sumie to co miałam do stracenia?
- Julian, przez to
wszystko nie mieliśmy okazji tak naprawdę porozmawiać. – Westchnęłam.
- Możesz mówić
śmiało. – Dodał.
Policzyłam w myślach do dziesięciu.
- Julian, ja… - Nie
wiedziałam jak to powiedzieć. – Chyba cię kocham.
Wzruszyłam ramionami i zrobiłam głupia minę. Idiotka ze
mnie. Co ja sobie myślałam?
Moje przemyślenia przerwał Julian. Przybliżył się do mnie i
pocałował mnie. Tak po prostu. A ja się nie opierałam. Było mi dobrze. W końcu
jakaś ucieczka od zmartwień, od problemów.
Nareszcie był przy
mnie ktoś, komu naprawdę na mnie zależało.
- Ja ciebie chyba
też. – Szepnął i jeszcze raz się pocałowaliśmy.
*******************
Rozdział dość krótki, bo doskwiera mi brak weny :(.
Ale mam nadzieję, ze nie był aż taki zły…:)
Super! Widzę, że zaraziłam cię pisaniem o miłości. Nie wiem czemu narzekasz na rozdział bo wyszedł bardzo fajny. Cieszę się, że Maryla jakoś daje sobie radę. Życzę mnóstwa weny. ~Alice
OdpowiedzUsuńNareszcie wyznali sobie miłość! Super!
OdpowiedzUsuńWiem, że już to czytałaś, ale teraz możesz napisać komentarz http://syriusz-black-i-dorcas-meadowes.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńSuper!
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział ! Widzę że piszesz o miłości tak jak Alice :)
OdpowiedzUsuń