niedziela, 30 listopada 2014

Epilog



Stałam przed dużym lustrem w sypialni Anki. Na sobie miałam przepiękną śnieżnobiałą suknię z koronkowymi elementami. Obróciłam się kilka razy żeby ocenić efekt.
  Wyglądałam idealnie.
  - Gotowa? – Usłyszałam głos przyjaciółki.
  - Gotowa. – Westchnęłam i przytuliłam ją.
  - Gratuluję ci kochana… - Łkała blondynka.
Ja również się rozkleiłam. W końcu nie codziennie wychodzi się za mąż.

                                        ***************

  Z zamkniętymi oczami i bukietem róż, mocno zaciśniętym w dłoni sunęłam do przodu. Słyszałam tylko stukot obcasów o posadzkę kościoła. Wujek trzymał mnie pod rękę i pomagał w nieprzewróceniu się. Gdy uświadomiłam sobie, że stoimy gwałtownie otworzyłam oczy. Zobaczyłam przed sobą twarz mojego narzeczonego. Był ubrany w przepiękny czarny garnitur. Uśmiechnęłam się i wypuściłam wujka z kurczowego uścisku. Po chwili wzięłam za rękę Juliana. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Cieszyłam się, że ten dzień w końcu nastał, ale mimo to bałam się, że coś pójdzie nie tak.
 Po chwili z transu wyrwał mnie głos księdza. Uświadomiłam sobie, że tkwiłam w zadumie ponad pół godziny i przyszedł czas na przysięgę.
  - Czy ty…- Zająknął się starszy ksiądz i poprawił okulary.
Zaśmiałam się w duchu. Wiedziałam, że miał problem z odczytaniem nazwiska Juliana.
  - Julianie Higgins, (brzmiało to jakby powiedział Żulianie) bierzesz tę oto Marylę Kępińską za żonę, ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć was nie rozłączy?
  - Biorę. – Powiedział z uśmiechem Julian.
Wstrzymałam oddech. Zrobiło mi się gorąco.
  - Czy ty Marylo Kępińska bierzesz tego oto Juliana (Żuliana) Higginsa za męża, ślubujesz mu miłość wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć was nie rozłączy?
 Ręce zaczęły gwałtownie mi się pocić.
Ale byłam pewna.
  - Tak.

                                     ****************************

Dwa lata później…

   Trzymałam na ręce maleńką, uśmiechniętą dziewczynkę. Była taka piękna, taka niewinna.
Jedynym problemem było to, że przypominała mi o nim. Tak, nie była sama. Zaszłam w bliźniaczą ciążę, ale z powodu komplikacji chłopiec nie przeżył. Ją ledwo udało się uratować. Nazwaliśmy ją Annabelle. Chłopiec miał mieć polskie imię, ale niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem.
 Ale damy sobie radę. Ja dam.
 Wychodziłam już z gorszych opresji.
************************************
 I oto epilog. Epilogi z natury są krótkie, z resztą tak jak ten. Mi też trochę smutno, że to już koniec, ale mówi się trudno. ;)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Rozdział 16. Na dobre i na złe

   Narracja 3-osobowa.

   Szli za ręce przez park. Ciemnowłosa dziewczyna miała oczy przewiązane zieloną chustką. Jej chłopak chciał pokazać jej coś naprawdę wyjątkowego. Uśmiechał się wesoło, chociaż ona nie mogła tego dostrzec spod ciemnozielonej zasłony. Od czasu do czasu przystawała i ze śmiechem pytała gdzie idą. Chłopak tylko przykładał palec do ust i prowadził ją dalej. Tak się cieszył, że są razem. Już dawno chciał jej to wyznać, ale nie miał odwagi. Na szczęście wszystko się ułożyło. Mimo wszystkich przeciwności byli szczęśliwi. Po kilku minutach zatrzymali się nad rzeką. Chłopak jednym, sprawnym ruchem ściągnął przepaskę z jej oczu.
  - Julian... To jest... - Zabrakło jej słów.- Piękne.
Nie mogła napatrzeć się na jesienny krajobraz, który się przed nią rozciągał. Pomarańczowo-żółte liście powiewały na wietrze, duże zachodzące słońce, które przypominało jej okrągłe jabłko prosto z sadu, sprawiało, że całe niebo przybrało delikatny różowy odcień. Zatopiła się w tym widoku nieświadoma, że to jeszcze nie koniec atrakcji.
  - Chodź, pokażę ci coś. - Powiedział z uśmiechem blondyn i złapał ją za rękę.
Poprowadził swoją dziewczynę na mały, drewniany pomost, przed którym dryfowała równie mała i równie drewniana łódka. Była przyozdobiona kwiatami białej lilii i dzikimi różami. Przygotował to wszystko dla niej. Chciał żeby była szczęśliwa. I tak już zbyt wiele wycierpiała z jego powodu.
  - Idziesz? - Z zadumy wyrwał go głos ciemnowłosej.
Była już na pokładzie.
  - Idę. - Uśmiechnął się i przysiadł obok niej tak, że stykali się ramionami. Wziął do ręki wiosła i już miał zacząć rejs, gdy ta zaczęła się upierać, że mu pomoże. Nie chciał jej wchodzić w drogę. Cieszył się, że jest całkowicie niezależna. I silna.
  Wiec tak wiosłowali. Ona jednym, a on drugim wiosłem. Delikatny, ciepły wietrzyk rozwiał jej ciemne loki. Zamknęła oczy i napawała się zapachem wczesnej jesieni. Gdy je otworzyła zobaczyła swojego ukochanego. Trzymał w ręce bukiet jej ulubionych pierwiosnków. Nie przypominała sobie, żeby mu o tym mówiła. Mimo to zaśmiała się i przyjęła bukiet.
  - Chciałbym ci coś powiedzieć. - Szepnął i chwycił ją za rękę.
  - Tak?
Po chwili milczenia wróciła do swojego poprzedniego zajęcia, którym było układanie płatków kwiatów na powierzchni wody. Za każdym razem gdy wykonywała tę czynność na tafli tworzyły się potrójne pierścienie.
 - Kocham cię. - Powiedział. - I chcę, żebyś o tym pamiętała.
 - Pamiętam. - Powiedziała i przygryzła dolną wargę. Jedna, drobna łza spłynęła po jej policzku.
  - Dlaczego płaczesz? - Zapytał z niepokojem.
Nie wiedział czy zrobił coś źle.
  - Ja po prostu... - Zaczęła. - Nigdy nie byłam tak szczęśliwa.
I rozpłakała się. Chłopak przytulił ją do siebie. Chciał żeby była bezpieczna i szczęśliwa. Nigdy nie wybaczyłby sobie gdyby coś jej się stało.
 - Dziękuję. - Szepnęła tak cicho, że chłopak jej nie usłyszał.
I pocałowali się. Wiedziała, że będzie z nim już zawsze.
 Na dobre i na złe.

****************************
 A więc kolejny, konkretnie przedostatni rozdział. Wiem. To straszne, ale co tu jeszcze pisać? Nic dodać, nic ująć. Wszystko dobrze się skończyło. :) A więc czekajcie na epilog.

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział 15. Powrót



    Zamurowało mnie. Nie mogłam uwierzyć w nic co działo się wokół mnie. Zaparło mi dech. Zaczęłam się krztusić, łzawiły mi oczy. Czułam, ze coś zaraz rozsadzi mnie od środka. To nie mogła być prawda. Marcelina nie mogła umrzeć. A najgorsze w tym wszystkim było to, że to wszystko była moja wina. Nie wiedziałam kiedy znalazłam się zalana łzami na chodniku. Nie zwracałam uwagi na Juliana, który chyba coś do mnie mówił. To wszystko było dla mnie za wiele. Za wiele. Ta cała mafia, Kennedy, a teraz jeszcze Marcelina. Nie miałam siły żyć. Chciałam tu i teraz palnąć sobie w głowę.
  - Maryla… -Doszedł do mnie lament Juliana.
Nie miałam siły, żeby się odzywać. Nie wstawałam, kiedy ciągnął mnie za rękę. Miałam wszystko gdzieś. Wszystko posypało się w jednej chwili.
Żal.
Ból.
Rozpacz.
  Wszystkie te uczucia kołatały się w mojej głowie, w moim ciele, w mojej duszy. Chciałam ich przeprosić. Marcelinę, Kennedy’iego, rodziców. Ale oni wszyscy nie żyli. Wszyscy, na których mi zależało.
  - Musimy iść. – Usłyszałam ściszony głos Juliana.
A on jednak żył. Ostatnia nadzieja, ostatni ratunek. Bez słowa podniosłam się z chodnika i oparłam o ramię chłopaka. Gdyby nie on na pewno bym się przewróciła. Nie wiem nawet kiedy wszystko zaczęło się rozmazywać, żeby w końcu zniknąć w nicości.

                                                              *************

  Ostre światło słoneczne przedostające się do pokoju przez małe okno oślepiło mnie. Zamrugałam kilka razy i przekręciłam się na bok. Zobaczyłam znajomą, damską sylwetkę. Ciocia.
   - Ciociu? To ty? –Zapytałam niepewnie.
Mój głos był niebezpiecznie zachrypnięty.
   - Tak. To ja. – Chlipała. – Tak się martwiliśmy.
Zastanawiałam się gdzie jestem. I co robiła tam ciocia.
   - Co się dzieje? – Zapytałam.
   - Może ja wyjaśnię. – Usłyszałam męski głos i odwróciłam się w jego stronę. Julian. Był tu.
    - Po śmierci…Marceliny… - Kontynuował. - …Zemdlałaś. Postanowiłem zawieźć cię do Polski.
   Nie wiedziałam co powiedzieć. Znów byłam w Polsce. Byłam jednocześnie zrozpaczona i szczęśliwa.
   - A co z …nią? – Zapytałam cicho i poczułam jak łzy zbierają mi się w kącikach oczu.
    - Pogrzeb odbył się wczoraj. – Westchnął Julian.- Nikt nas za to nie wini…
Odbył się? Jak to? Ile ja spałam?
   - Ile…
    - Trzy dni. – Odrzekł chłopak jakby czytając w moich myślach.
Westchnęłam głośno. Ale się porobiło.
    - Ciociu przepraszam… - Jęknęłam.
     - To nie twoja wina. Sytuacja tego wymagała. Rozumiem. – Powiedziała.
     - Ciociu, chciałabym porozmawiać z Julianem. – Powiedziałam.\
Ta przytaknęła i wyszła.
     - Już wszystko załatwione? – Zapytałam. – Ci z mafii nas nie szukają?
     - Nie martw się. Jesteśmy bezpieczni. – Uśmiechnął się blado.
  Chciałam w tamtej chwili wyznać mu co do niego czułam. W sumie to co miałam do stracenia?
  - Julian, przez to wszystko nie mieliśmy okazji tak naprawdę porozmawiać. – Westchnęłam.
  - Możesz mówić śmiało. – Dodał.
Policzyłam w myślach do dziesięciu.
  - Julian, ja… - Nie wiedziałam jak to powiedzieć. – Chyba cię kocham.
Wzruszyłam ramionami i zrobiłam głupia minę. Idiotka ze mnie. Co ja sobie myślałam?
Moje przemyślenia przerwał Julian. Przybliżył się do mnie i pocałował mnie. Tak po prostu. A ja się nie opierałam. Było mi dobrze. W końcu jakaś ucieczka od zmartwień, od problemów.
  Nareszcie był przy mnie ktoś, komu naprawdę na mnie zależało.
   - Ja ciebie chyba też. – Szepnął i jeszcze raz się pocałowaliśmy.

*******************
Rozdział dość krótki, bo doskwiera mi brak weny :(. Ale mam nadzieję, ze nie był aż taki zły…:)

środa, 12 listopada 2014

Rozdział 14. Nadzieja umiera ostatnia



Wlekłyśmy się uliczkami Liverpoolu. Z Marceliną było coraz gorzej. Nienawidziłam siebie. Bo to ja ją w to wplątałam. Maskowała ból i strach śmiejąc się, zakrywając ranę. Nie chciałam dłużej na to patrzeć. Nie miałyśmy pojęcia dokąd idziemy. Była noc, zero ludzi. To była żmudna robota, a Marcelina traciła coraz więcej krwi.
  - Daleko jeszcze do szpitala? – Zapytała po chwili przyjaciółka.
  - Nie, to już niedaleko. – Pocieszałam ją po raz kolejny. Tak naprawdę nie miałam pojęcia gdzie może być szpital.
Zastanawiałam się też, gdzie jest Julian, co robi, czy na szuka? Chyba po prostu tęskniłam. Po kilku godzinach, gdy Marcelina była blada jak śmierć zaczęłam mniej więcej rozpoznawać okolicę. Gdzieś niedaleko powinien być dom Kennedy’iego. Zaczęłam szybciej ciągnąć przyjaciółkę, w kierunku, który wydawał mi się właściwy.
  - Auu…- Jęknęła.
  - Przepraszam. – Szepnęłam i trochę zwolniłam.
Po kilku minutach przed naszymi oczami ukazał się dom zmarłego przyjaciela.
  - Jesteśmy. – Poinformowałam przyjaciółkę, która zgięta wpół przyglądała się ranie.
  - Cudownie.
Doszłyśmy do drzwi. Były otwarte. Zaciągnęłam przyjaciółkę do kuchni. Mimo zgaszonego światła nie miałam problemu z odróżnieniem sylwetki… Juliana!
  - Julian! – Krzyknęłam i podbiegłam do niego.
Marcelina pozbawiona mojego oparcia zatoczyła się i prawie upadła. Blondyn poderwał się z krzesła i przytulił mnie.
  - Nie ma czasu! – Wrzasnęłam. –Marcelina!
Julian natychmiast podszedł do czarnowłosej i podtrzymał ją.
  - Jedziemy do szpitala.- Powiedział Julian i zaczął iść do samochodu.
 Bezwiednie potruchtałam za nimi. Modliłam się tylko żeby Marcelina przeżyła. Usadowiłam się na przednim siedzeniu obok Juliana. Wzięłam głęboki oddech. Po chwili poczułam, że ktoś dotyka mojej ręki. To Julian. Jego ręka była taka zimna.
  - Będzie dobrze. – Powiedział.
Uśmiechnęłam się blado. Julian odpalił silnik i ruszył.
   - Szukałeś nas?- Zapytałam po chwili.
   - Oczywiście. – Odpowiedział smutno. – Powysyłałem policję wszędzie. Szukałem też na własną rękę, ale nigdzie nie mogłem was znaleźć.
   - A Kennedy…? –Zaczęłam, ale Julian mi przerwał.
   - Widziałem go. – Westchnął i potarł ręką twarz. – To moja wina. Ja was wszystkich w to wplątałem.
   - Nie obwiniaj się. – Powiedziałam smutno. Wiedziałam, że to co mówiłam wcale mu nie pomagała, ale jak to mówią: ,,Nadzieja umiera ostatnia”.
   - Jak to się stało? – Zmienił temat, a ręce zaczęły mu się trząść. Tak bardzo chciałam mu pomóc. Wiedziałam jak to wszystko go przytłaczało.
   - Zadzwonił dzwonek, Kennedy myślał, że to ty i …- Zacięłam się. Na wspomnienie tamtej chwili chciało mi się płakać.
   - Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. – Powiedział Julian.
   - Powiem. – Wzięłam oddech i zaczęłam opowiadać.
Powiedziałam Julianowi, o tym jak zabili Kennedy’iego, jak zawieźli nas do tamtej piwnicy, jak próbowałyśmy uciec, jak Max postrzelił Marcelinę. Pod koniec opowieści po prostu się rozpłakałam. To wszystko było dla mnie za wiele. Nawet w najgorszym koszmarze, nie dzieję się takie rzeczy. Nie mogłam znieść myśli, że tyle osób przeze mnie cierpiało. Pomyślałam o cioci i tych jej znajomych u których mieszkałam. Od mojego wyjazdu nie miałam z nimi kontaktu. Pewnie już dawno mnie pochowali. Szybko odgoniłam zbędne myśli i znów zwróciłam się do Juliana.
  - Daleko jeszcze ten szpital? – Zapytałam beznamiętnie.
  - Nie, już za chwilę będziemy. – Powiedział Julian i uśmiechnął się blado.
  - To dobrze.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że Marcelina bardzo ciężko oddychała. Nie odezwałam się do niej. Nie chciałam męczyć jej zbędnym wysiłkiem, takim jak mówienie. Spojrzałam za okno. Panowała prawie zupełna ciemność. Mijane przez nas drzewa błyskawicznie znikały w tyle. Uświadomiłam sobie, że Julian jedzie sto sześćdziesiąt na godzinę. Na szczęście ulica byłą prawie zupełnie pusta. 
  - Dziękuję. – Powiedziałam smutno.
   - To nie moja zasługa. – Westchnął Julian. – Gdybyście w porę nie przyszły Marcelina mogłaby już nie żyć.
  Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się pod budynkiem szpitala miejskiego. Szybko wygramoliłam się z samochodu. Na zewnątrz panował niesamowity mróz. Mój oddech zamienił się w białą mgiełkę. Nawet nie zauważyłam kiedy Julian okrył mnie swoją kurtką. Odwróciłam się, by zobaczyć, czy pomógł już wysiąść Marcelinie. Ale on stał wpatrzony w nią jak wryty.
  - O co chodzi? – Zapytałam.
Byłam przerażona. O co mogło mu chodzić?
  - Nie żyje.
*********************
 A oto prezentuję wam pomysł Violetty, który poddała mi w jednym z komentarzy. ;)

środa, 5 listopada 2014

Rozdział 13. Ucieczka



   Od wczoraj nie spuścili z nas oczu, więc nie było mowy o ucieczce. Od wczoraj nie usłyszałam już o Julianie. Nie miałam pojęcia czy nas szukał, czy może po prostu wezwał policję. Nie miałam pojęcia jak zareagował na widok martwego Kennedy’iego. Cały czas siedział z nami jego morderca – Max. Prawie się nie odzywał. Od czasu do czasu zapalał papierosa, układał pasjansa. Miałam całą noc żeby mu się przyjrzeć. Wyglądał bardzo poczciwie. Miał pogodne rysy twarzy, chodził w szarym kaszkiecie. Nie mogłam przez to rozpoznać koloru jego włosów. Oczy były błękitne, zatroskane. Na sobie nosił brązową, skórzaną kurtkę, materiałowe spodnie i czarne kozaki. Nie wyglądał na mordercę. Zastanawiałam się jak ktoś, kto wygląda na tak dobrodusznego mógłby zrobić coś takiego. Ci dwaj pozostali- których imion nie było mi dane poznać wyglądali zupełnie inaczej. Mieli ogolone głowy, często chodzili w kominiarkach. Byli z natury groźni, zabójczy. Widząc właśnie takich ludzi na ulicy przechodzą nas dreszcze, a serce przyspiesza. Nie wyglądali na osoby z uczuciami. Raczej na zimnych morderców. Tak to dobre określenie. A Max? Zwykły, niegroźny mężczyzna w średnim wieku. Ale to tylko pozory.
   A ta piwnica? Obskurna, cuchnąca stęchlizną nora, bez kaloryferów, z jednym, jedynym oknem. Oknem, które być może będzie naszym zbawieniem. Oknem, przez które być może ledwo się przedostaniemy. Bo było bardzo małe. I brudne. Nie było przez nie widać słońca, a kit był częściowo poobrywany, a częściowo wystawał poza framugę. Wszędzie biegały szczury i karaluchy. Starałam się nie przejmować tym zbytnio i skupić na ucieczce. Przez całą dobę miałam czas by wstępnie ją opracować. Jest kilka scenariuszy. Jeżeli wszyscy wyszliby chociaż na chwilę nie byłoby kłopotu. Nie byłoby gdybyśmy nie siedziały związane. Musiałam jakoś zdobyć nóż, albo chociaż kawałek szkła. Ale to wcale nie było proste. Bo Max patrzył. Zawsze, choćby kątem oka. Częściej na mnie. Być może wiedział, że coś kombinuję, ale póki co milczał. A Marcelina? Siedem nieszczęść. Dawniej –Zabawna, szalona, spontaniczna, dzisiaj – załamana, rozbita, zapłakana. Czy właśnie o to im chodziło? Chcieli załatwić psychicznie Bogu ducha winną dziewczynę. Nawet nie uczestniczyła w tej całej farsie. Po prostu chciała pomóc. Mi, Julianowi. I co? Jak skończyła? Przetrzymywana o samej wodzie w starej ruderze, ze świadomością, że ktoś na kim jej zależało nie żyje. To jej było mi najbardziej szkoda. Nie mówiłam jej jeszcze nic o planie, bo jak już mówiłam –Max patrzył. Po chwili skupiłam się na sobie. Od ,,wizyty” nie odezwałam się ani razu, nie wyraziłam żadnych emocji. Ciekawe jak Marcelina to odebrała? Że jestem bezuczuciowym, bezdusznym potworem? Możliwe. I to bardzo. Ale jedyne co mogłam zrobić to utrzymać ją przy życiu i pomóc się wydostać z tego piekła.
  Po chwili przestałam tak intensywnie myśleć i zauważyłam, że jestem głodna. Nie jadłam nic od wczorajszego ranka. Skoro miałam tam siedzieć musieli dawać mi coś do jedzenia.
  - I’m hungry. – Syknęłam.
  - And? – Zakpił Max i parsknął śmiechem.
  - Shit. – Burknęłam wściekle i zaczęłam się szarpać
   - Ok… - Powiedział przeciągle Max i zaczął nucić coś pod nosem.
Wstał i zajrzał do jednej z szafek. Gdy się schylał zauważyłam przy jego pasie nóż. Musiałam go zdobyć. Po chwili Max wstał. Trzymał w ręce bochenek ciemnego chleba. Rzucił mi go na kolana.
  - Eat. – Powiedział szorstkim głosem.
Chrząknęłam znacząco żeby podkreślić, że mam niewładne ręce. Ten niepewnie rozciął taśmę nożem i z powrotem schował go za pas. Przejechałam dwoma palcami po skórce. Chleb nie był świeży, ale też niezbyt czerstwy. Przedarłam go na dwie części. Jedną podałam Marcelinie, a drugą zaczęłam jeść sama. W tamtym momencie w mojej głowie zrodził się pomysł. Wystarczyło zwabić do siebie Maxa, a potem dyskretnie pozbawić go noża. Postanowiłam na razie się nie spieszyć. W spokoju zjadłam chleb. Czas zaczynać.
- I’d like some water. – Oznajmiłam.
- Shut up. – Warknął Max.
  - Please, I’m thirsty. – Powiedziałam
   Max wywrócił oczami i sięgnął po butelkę wody. Zaczął przerzucać ją z ręki do ręki. Żeby mnie zdenerwować. Jasne. Po chwili przestał to robić i przykucnął żeby podać mi wodę. Wyciągnął rękę. To była moja jedyna szansa.
    - And your friend… - Zaczął, ale ja byłam szybsza.
Gwałtownie wyrwałam mu nóż i z całej siły wbiłam w ramię. Nie chciałam go zabić. Tylko mocno zranić. Gdy Max zwijał się z bólu ja uwalniałam swoje nogi. To samo zrobiłam z Marceliną. Pomogłam jej wstać i ruszyłam do okna. Musiałam zdążyć przed powrotem pozostałych. Okno dawno nie było otwierane więc musiałam podważyć je nożem żeby ustąpiło. Gdy do pomieszczenia dostało się świeże powietrze zaczęłam je łapczywie wdychać.
  - Maryla! Idziemy! –Usłyszałam głos przyjaciółki, który wyrwał mnie z transu. Po chwili byłam już na zewnątrz. Gdy Marcelina była już w połowie drogi usłyszałam huk wystrzału. I krzyk przyjaciółki.
  - Marcelina! Nic ci nie jest?! –Wykrzyczałam z przerażeniem.
  - Nie. Nic.- Wydyszała Marcelina. – Dostałam w bok.
Chciało mi się płakać, gdy patrzyłam jak cierpi. Mimo wszystko zachowałam zimną krew i pomogłam jej się wydostać. Trzymała się za bok, a spomiędzy palców wyciekała krew. Zanim zaczęłyśmy uciekać zobaczyłam jeszcze Maxa. Trzymał pistolet leżąc na podłodze w kałuży krwi. Chciał zabić Marcelinę…
  Tak. Pozory mylą.
**************************
 Rozdział wcześniej niż się spodziewałam, ale to chyba nawet lepiej. ;) Dużo w nim opisów i jeszcze więcej akcji. Mam nadzieję, że się podobał.

wtorek, 4 listopada 2014

Rozdział 12. Porwanie



   Do mieszkania wkroczyło trzech uzbrojonych po zęby mafiosów. Miałam wrażenie, że serce mi stoi, że przestało pompować krew do mózgu. Marcelina była cała blada. Po chwili jeden z nich złapał Kennedy’iego za koszulkę i zaczął po angielsku pytać ,,Gdzie jest ten czwarty?!” Mówiąc to spoglądał na mnie i Marcelinę.
   - I don’t know. – Jęczał Kennedy. Mafioso złapał go za gardło.
   - Well… - Zaczął i cisnął Kennedy’m o podłogę. Chłopak krzyknął z bólu, a z ust Marceliny wyrwał się stłumiony jęk. Jeden z mężczyzn podszedł do niej i złapał ją za włosy.
   - Puszczaj! – Piszczała.
Kompletnie mnie zamurowało. Nie wiedziałam co robić. Później wszystko działo się tak szybko. Kennedy poderwał się z podłogi i ruszył w stronę oprawcy Marceliny. Próbował ją uratować, zaczął szarpać mężczyznę. Później ten trzeci, który do tej pory tylko stał wyciągnął pistolet, podszedł do Kennedy’iego i strzelił mu w głowę.

                                          ****************

  Marcelina wyła, krzyczała i płakała patrząc na ciało przyjaciela, który właśnie tracił resztki krwi. A ja tylko stałam. Stałam jak wryta i patrzyłam na wszystko jak na niewiarygodny film. Na film, w którym jeden z głównych, najbardziej lubianych bohaterów umiera. Ale w filmach jest inaczej. Mimo wszystko wiesz, że aktorowi tak naprawdę nic nie jest, że krew była tylko farbą, że to wszystko dla uciechy widzów. A wtedy? Wtedy patrzyłam jak ktoś tak miły, tak zabawny, ktoś kto tyle dla nas zrobił wykrwawia się na podłodze. Jeden z mężczyzn zdawał się mówić- ,,Do samochodu”. Ale nie byłam pewna. Dzwonienie w uszach tłumiło większość dźwięków. Po chwili poczułam mocne szarpnięcie i uświadomiłam sobie, że wloką nas klatką schodową na dół. I co zrobią? Zabiją nas? Pewnie tak. Nigdy nie pomyślałabym, że żądza zemsty może być aż tak silna. Mimo wszystko nie próbowałam się opierać. Wiedziałam, że to nic nie da. Za to Marcelina wpadła w istny amok. Szarpała się, krzyczała, kopała. A ja nie miałam już siły. To wszystko cholernie mnie przerosło. Ale nie próbowałam się uwolnić, uciec. Nie robiłam nic gdy pakowali nas do samochodu, gdy wieźli niewiadomo gdzie. Zastanawiałam się tylko czy Julian już wrócił. Czy zobaczył ciało Kennedy’iego, czy domyślił się, co zaszło. Czy będzie próbował nas znaleźć. Wtedy mnie olśniło. Oni właśnie po to nas porwali. Bo wiedzieli, że Julian będzie nas szukał.

                    
                                          *******************


  Zostałyśmy związane i zakneblowane. Siedziałyśmy pod ścianą w jakiejś obskurnej piwnicy i przyglądałyśmy się jak porywacze rozmawiają. Chyba o Julianie. Nie wiedziałam. Nie miałam głowy do tłumaczenia tego na polski. A Marcelina płakała. Już od piętnastu minut. Nie dziwiłam jej się. Dziwiłam się sobie, że ja jeszcze nie pękłam. Najgorsza była wtedy świadomość, że to ja wpakowałam w to przyjaciółkę. Po chwili do Marceliny podszedł jeden z nich.
   - Shut up! – Krzyknął i dał Marcelinie w twarz.
W tedy ta jeszcze bardziej zalała się łzami. Ten machnął ręką i wrócił do kolegów. Postanowiłam dokładniej przysłuchać się ich rozmowie. Z trudem tłumaczyłam ją na rodzimy język.
   - Myślicie, że przyjdzie?
   - Na pewno. Zauważy zniknięcie tych panienek i od razu ruszy ich śladem.
   - Racja, ale może nie powinniśmy zostawić ciała.
   - Chciałeś nieść trupa przez ulicę?!
  - Zamknijcie się, bo jeszcze te dwie czegoś się domyślą. Musimy czekać na królewicza i tyle.
  - Ile mam tutaj wytrzymać?
  - Cierpliwość jest cnotą, Max. – Dokończył jeden z nich i szturchnał ,,Maxa” w bok.
   Z całej rozmowy nie dowiedziałam się niczego czego wcześniej już bym nie wiedziała. Nie miałam pojęcia czy wyjdziemy z tego cało, ale jedynym sposobem, żeby nie narażać Juliana była samodzielna próba ucieczki. Wiedziałam tylko, że trzeba będzie poczekać aż zostawią nas same. Zauważyłam naprzeciwko nas niewielkie okno, którym można byłoby się przedostać. Ale przede mną, tak, przede mną, bo na Marcelinę nie mogłam wtedy liczyć, pozostał jeszcze największy problem. Obie miałyśmy związane obie ręce i nogi.
***************************************
Rozdział niezbyt długi, ale wyprodukowałam się na całego, żeby go napisać, więc mam nadzieję, że wam się podobał. :)