poniedziałek, 16 lutego 2015

Rozdział 4. Gorzka prawda



 - Tabletki nasenne?
 - Kristen, przykro mi…
 - Przykro ci? Przykro ci, że ty i twoi koledzy od tenisa usmażyliście faceta, a teraz on chce dorwać mnie? Jeśli nie zauważyłaś to jest jego bankiet. A ja jestem ostatnim daniem.

                                                                                Koszmar z ulicy wiązów: Władca snów

  
                                                             ***********

 Czuję w płucach powietrze. Czuję, że to jeszcze nie koniec. O nie świecie, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Próbuję wyczuć pod palcami cienki materiał nadmuchiwanego materaca. Jest. Matt nie skazał mnie na śmierć.
  - Anna… - Słyszę jego głos. – Nic ci nie jest?
  - Nie. – Odpowiadam i wspieram się na jego ręce. – Jest okey.
  - Mówiłem, że coś może ci się stać.
  - Tak. – Dla świętego spokoju przyznaję mu rację. – Mówiłeś. Wiesz, co? Chciałabym już iść do domu.
  - Odprowadzić cię? – Pyta troskliwie.
  - Nie trzeba. – Podnoszę się z materaca, na który upadłam. – Dzięki Matt.
  - Nie ma za co. – Całuje mnie w policzek, a ja marzę już tylko o śnie.
 Puszczam się pędem przed siebie. Ignoruję krzyki pracowników parku, którzy pytają czy nic mi nie jest. To wszystko nie może być przypadek. Najpierw zabójstwo na imprezie, teraz to. Ktoś musiał specjalnie naciąć uprząż. Teraz wiem jedno. Mama musi wiedzieć coś na ten temat. Od dawna coś ją dręczy, nie pozwala spać w nocy. Zawsze gdy pytałam zbywała mnie. Może z ostatnimi wydarzeniami ma związek jakieś wydarzenie z przeszłości? Z przeszłości moich rodziców, którą tak bardzo starali się wyrzucić z pamięci.

                                                           ***************

 Nerwowo próbuję otworzyć drzwi kluczem, ale te okazują się otwarte. Wpadam do środka jak oparzona. Moim jedynym celem, w tym momencie jest rozmowa z rodzicielką. Ona musi coś wiedzieć. Po prostu musi.
   - Mamo! – Krzyczę, bo nie mogę jej nigdzie znaleźć.
   - Jestem w łazience!
Pędem wkraczam na piętro i kieruję się wprost do łazienki. Mama, owinięta w zielony szlafrok stoi przed lustrem i myje zęby.
  - Jak było na przesłuchaniu, skarbie?- Pyta, jednocześnie wypluwając pastę do umywalki.
  - Prawie się zabiłam! – Wypalam, a mama gwałtownie odwraca się w moją stronę.
  - Na komisariacie?! – Pyta i zaczyna się krztusić.
Wywracam oczami. Czas przejść do rzeczy.
  - W parku linowym, zdaje się, że to nie był przypadek. – Mówię podejrzliwie. – Lepiej powiedz jeśli coś wiesz.
Teraz już po prostu musi wyznać mi prawdę.
  - O czym ty mówisz, Anna? – Wydaje się zmieszana.
  - To morderstwo, wypadek w parku… - Zaczynam. – Czy ma to jakikolwiek związek ze sprawą z waszej młodości?
Chyba nie wytrzymam jeśli znów mnie okłamie.
  - Ależ skąd. – Jąka się, nerwowo skubiąc zębami brzeg rękawa.
  - Powiedz mi! – Krzyczę. – Nie zniosę już więcej kłamstw!
 Mama, ze zrezygnowaniem siada na brzegu wanny.
  - To zdarzyło się gdy miałam siedemnaście lat. Po śmierci rodziców przeprowadziłam się do Londynu, gdzie poznałam tatę. Podczas pewnej przejażdżki udało nam się zdemaskować mafię narkotykową. Oni… - Głos jej się łamie. – Porwali mnie i moją przyjaciółkę. Zginęła wraz z przyjacielem taty. Nam udało się uciec, ale wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec. Dostawaliśmy listy z pogróżkami. W końcu, w końcu… Oni cię porwali Annabelle. Byliśmy załamani. Zażądali wysokiego okupu, ale my nie przystaliśmy na propozycję i zawiadomiliśmy policję. Udało nam się ciebie odzyskać, ale to nie był jeszcze koniec. Znów zaczęliśmy dostawać listy, mówiące, że jeszcze tego pożałujemy. Nawet nie wyobrażasz sobie jak duże mogą być sekty… Być może to co dzieje się ostatnio to ich sprawka. Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia Annabelle. Nie mówiliśmy ci, bo to było dla nas naprawdę trudne…
  Staję jak wryta. Sekta? Porwanie? Co to ma wszystko znaczyć?
   - Dlaczego tyle czasu mnie okłamywaliście?! – Pytam ze łzami w oczach. – Nie rozumiecie? Oni chcą dopaść mnie, przez to co zrobiliście wy! Myśleliście, że będziecie w stanie mnie ochronić kłamiąc mi prosto w twarz!? Jeśli ja teraz zginę to będzie tylko i wyłącznie wasza wina!
  W tym momencie brak mi słów. Po prostu wychodzę.

środa, 4 lutego 2015

Rozdział 3. Park linowy



  Śmierć otacza nas zewsząd. Jest naszą towarzyszką od początku aż do końca. Śmieje się i płacze razem z nami, cały czas czekając. Czekając na koniec. Nie jest natrętna, nie popędza nas. Ona sama najlepiej wie ile czasu nam jeszcze zostało. Można powiedzieć, że jest naszą najlepszą przyjaciółką.

                                                      **********

  - Mówiłam już, że nie mam pojęcia kto mógł to zrobić. – Powtarzam po raz setny, a komisarz bacznie mi się przygląda. – To Carolyn go znalazła. Leżał tam już gdy zaczęłyśmy go szukać.
  - Jest pani tego absolutnie pewna? – Robi podejrzliwą minę.
  - Czy pan coś sugeruje? – Wstaję z krzesła. – Może, że to ja albo Cara go zabiłyśmy? Tak?
  - Panno Higgins, proszę się uspokoić.
  - Mam tego dość. – Warczę, zabieram torebkę i idę w stronę wyjścia.
  Przemierzam ulice, nie mając świadomości dokąd tak właściwie idę. To wszystko nie ma sensu. To morderstwo, cała ta sprawa. Sądziłam, że moje życie będzie normalne chociaż w minimum, a tu co?
  - Anna! – Słyszę za plecami i odwracam się.
Na mojej twarzy natychmiast pojawia się uśmiech.
 - Cześć Matty. – Witam się z przyjacielem.
 - Słyszałem o tej masakrze w domu Cary. – Mówi niepewnie.- Podobno Billy nie żyje.
 - Niestety to prawda. – Wzdycham.
Pochwali Matt bez słowa bierze mnie pod rękę. On zawsze umie mi poprawić humor.
 - Zabieram cię… - Zaczyna – …Do parku.
 - Do parku? – Prycham. Ale on ma głupie pomysły.
 - Oczywiście mam na myśli park linowy. – Uśmiecha się szyderczo.
Teraz po prostu nie wytrzymuję i wybucham śmiechem. Pod jego wypowiedziami zawsze kryje się drugie dno.
 - Jasne Matt. – Uśmiecham się. – Przecież wiedziałam.

                                                                    ********

  Pewnym krokiem stąpam po ruchomych deskach, umocowanych jedynie na sznurach. Matt idzie tuż za mną, wciąż powtarzając żebym się nie Zabiła.
  - Mam uprząż. – Zapewniam. – Nic mi nie będzie.
  - Wiesz, co?
  - Co?
  - W ciągu roku zdarzają się co najmniej cztery przypadki zerwania uprzęży. – Mówi.
  - Matt… - Wzdycham. – Jestem pewna, że absolutnie nic mi się nie stanie.
Te zdolności odziedziczyłam po mamie. W wieku osiemnastu lat została miłośniczką parków linowych, jazdy na motorze, skoków spadochronowych i tych na bungee (czyt. bandżi).
 - Ja jednak bym uważał na twoim miejscu. – Ostrzega. – Masz talent do przyciągania kłopotów.
 - Ja ci dam… - Zaczynam, ale w tym momencie dzieje się coś strasznego. Stopa ześlizguje mi się z deski. Zamykam oczy i słyszę tylko dźwięk pękającej uprzęży. To koniec. Spadnę i się zabiję.
 - Ann, uważaj!- Krzyczy Matt i w ostatniej chwili chwyta mnie za rękę.
 Zaczynam ciężko oddychać.
Wszystko wiruje mi przed oczami.
Mogłam zginąć.
 - Człowieku! – Mat woła mężczyznę stojącego za nim. – Wezwij pomoc!
Ostatkami sił udaje mi się nie puścić ręki Matta.
 - Skup się Annabelle. – Mówi ze stoickim spokojem. – Zaraz po prostu mnie puścisz.
O czym on mówi? Chce mnie zabić? Mocniej zaciskam powieki.
 - Nie… - Jęczę.
 - Anna, posłuchaj. Puść mnie. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję. – Mówi krzepiąco. – Nic ci się nie stanie.
Mam ochotę mu zaufać, ale za bardzo się boję. Jesteśmy jakieś dwadzieścia metrów nad ziemią i wolę się o nią nie roztrzaskać.
 - Zaufaj mi i po prostu się puść.
Głęboko wciągam powietrze. Otwieram oczy i spoglądam na przerażoną twarz Matta, lecz zaraz znów je zamykam.
Puszczam się.
 **********************
Oto kolejny rozdział. Trochę dramatyczny, ale mam nadzieję, że się podobał. Wszystko wyjaśni się w kolejnym. ;*