poniedziałek, 27 października 2014

Rozdział 11. Wizyta



  - Zazdrosna? – Zapytał po chwili Julian i uśmiechnął się szelmowsko.
Zakryłam twarz dłońmi żeby ukryć, że znów się rumienię. Skąd wiedział? Nikt nie jest aż tak przewidujący. Nie do tego stopnia.
   - Chciałbyś, co? – Zapytałam łamiącym głosem. No to po mnie.
Nagle Julian znalazł się tuż przy mnie. Odsunął moje ręce od twarzy. Był tak blisko, że niemal czułam bijące od niego ciepło. Chłopak ujął moją twarz w dłonie i złożył na ustach namiętny pocałunek. Nie próbowałam się opierać. Nie chciałam. Po chwili objęłam go za szyję. Czułam się cudownie z myślą, że chłopak, na którym od początku mi zależało też coś do mnie czuł. Powoli odpływałam.
   - To znowu ja, zapomniałam…- Usłyszałam głos Marceliny dobiegający od strony drzwi. Momentalnie oderwałam się od Juliana i z hukiem wylądowałam na podłodze.
   - Mmmm…Widzę, że nie próżnujecie. – Zaśmiała się czarnowłosa. – Nie ma mnie trzy minuty, a wy już zdążyliście…
   - Po co przyszłaś? – Warknęłam podnosząc się z podłogi.
Miałam jej za złe, że zepsuła mi mój pierwszy pocałunek od trzech lat. I w dodatku z kimś na kim na kim naprawdę mi zależało.
   - Rozpadało się, więc wróciłam po parasol. – Zachichotała Marcelina, sięgnęła po pożądany przedmiot i szybkim krokiem nas opuściła.
   - Przepraszam. – Powiedziałam próbując ukryć zakłopotanie. Bałam się co mógł sobie o mnie pomyśleć.
   - Nie ma sprawy. Nie twoja wina. – Uśmiechnął się.
   - To ja…-Próbowałam wymyślić coś w miarę sensownego. – Pójdę już spać.
   - Dobranoc. – Usłyszałam jeszcze gdy kierowałam się w stronę schodów.
Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do pokoju raz, dwa wzięłam prysznic, umyłam zęby, przebrałam się w piżamę i wylądowałam na łóżku. Moje było trochę mniejsze niż to Marceliny. Posiadało zieloną pościel w żółtą kratę, która pachniała proszkiem do prania. Kennedy musiał wcześniej wiedzieć, że przyjedziemy skoro zdążył nawet uprać pościel. Nie zastanawiając się dłużej zamknęłam oczy. Jednak sen nie nadchodził. Próbowałam nie myśleć o mafii, o pocałunku, o tym wszystkim. Jednak wszystkie te myśli kotłowały mi się w głowie. Gdy dostrzegłam zegarek z godzina drugą w nocy uświadomiłam sobie, że Marcelina już przyszła. Czyli musiałam jednak przysnąć. Przez kolejne kilkanaście minut wiłam się bez celu w łóżku. W końcu postanowiłam zejść na dół. Mijając Marcelinę ledwie powstrzymywałam się przed uduszeniem jej. Zeszłam na dół i zauwazyłam Juliana i Kennedy’iego siedzących przy stole.
  - O co ci chodzi? – Zapytał Julian.
  - Musicie już jechać.
   - Czemu? Nie chcesz nas?
   - Nie o to chodzi. – Westchnął Kennedy.
   - Więc?
   - Jeżeli ci z mafii rzeczywiście was tropią to na pewno już wiedzą, że tu jesteście.
   - Myślisz?
    - Tak. Nie możesz ich narażać.
    - Dobra, jutro po południu nas nie ma. – Powiedział Julian i wstał.
Pędem, żeby Julian mnie nie zobaczył wbiegłam na piętro. Czyli już wiedzą. Wiedzą gdzie jesteśmy. Nerwowo potarłam czoło ręką. Było całe spocone. Do rana nie mogłam spać, więc kręciłam się po pokoju i od czasu do czasu spoglądałam na śpiącą Marcelinę. Siadałam, wstawałam, siadałam, wstawałam i tak w kółko. Cały czas myślałam o tym wszystkim. Ta sprawa z każdą chwilą stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Gdy na zegarku ukazała się godzina piąta zbiegłam na dół. Nikt jeszcze nie wstał. W domu panowała cisza. Po chwili przypomniałam sobie kolejne wstrząsające wydarzenie. Wczoraj całowałam się z Julianem! Zaczynam nerwowo kręcić się w kółko. O czym myślał robiąc to? Że mnie kocha, że chce ze mną być? Nie miałam pojęcia. Stresował mnie fakt co będzie dzisiaj. Czy będzie zachowywał się jakby to się nie stało, czy może… Nie! Nie ma czasu na związki. Szybko odgoniłam od siebie te myśli i wróciłam do chodzenia po kuchni. Szósta, siódma, ósma, wciąż wszyscy spali. W końcu usiadłam zrezygnowana i podparłam się na ręce. Po niedługim czasie zmożył mnie sen.

                                    ******************

  - Mary! – Usłyszałam krzyk Marceliny i gwałtownie poderwałam się z krzesła.
   - Co? – Zapytałam uspokajając się powoli.
  - Kennedy zrobił śniadanie. – Oświadczyła i włożyła do ust kanapkę z roztopionym serem żółtym na wierzchu.
Po chwili ja również raczyłam się śniadaniem. Kanapki przygotowane przez Kennedy’iego były zarazem pikantne i słodkawe. Mimo wszystko tworzyły ciekawą kompozycję.
  - Gdzie Julian?- Zapytałam po chwili.
  - Poszedł do sklepu. – Odrzekł beztrosko Kennedy.
Po chwili odezwał się dzwonek do drzwi.
  - Widzisz? To pewnie on. – Dodał i podszedł do drzwi.
Zanim zdążył otworzyć, drzwi wylądowały obok popchnięte czyimś kozakiem. Kennedy upadł na podłogę. Machinalnie poderwałam się z krzesła i wtedy zauważyłam kto wszedł do mieszkania. Zamarłam.
***********************************************
I co? Podobało się? Wreszcie rozpoczyna się akcja ;)

wtorek, 21 października 2014

Rozdział 10. Kennedy



    Jechaliśmy już około pięciu godzin. Nie miałam zielonego pojęcia dokąd. Marcelina zasnęła, a Julian w skupieniu prowadził samochód. Nie miałam śmiałości się do niego odezwać. Cała ta sytuacja mnie przytłaczała. Mimo to starałam się nie myśleć o cioci, która na pewno dowiedziała się już o mojej nieobecności. Starałam się ignorować częste wibracje telefonu i świadomość tego co robimy. Marcelina zdawała się na spokojnie przyjmować tę ucieczkę, mafię. Zachowywała się jakby to była niesamowita przygoda. Coś było nie tak.
    - Julian, dokąd jedziemy? – Zdobyłam się w końcu by zadać pytanie.
    - Do Liverpoolu. – Odpowiedział spokojnie. – To bardzo daleko, więc mam nadzieję, że nas nie znajdą.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Chłopak odwzajemnił gest i wrócił do kierowania.
   - A dokładniej?- Dopytywałam się.
    - Do mojego przyjaciela Kennedy’iego. Mieszka tam od czterech lat. – Sprecyzował.
Postanowiłam więcej się nie odzywać. Nie miałam siły ani ochoty. Czy ten cały Kennedy przyjmie nas mimo tego, że być może ściga nas mafia? Nie wiedziałam.

                                    ****************

    Kennedy okazał się zabawnym brunetem o ciemnych oczach, w wieku Juliana. Przywitał nas z otwartymi ramionami szczerze śmiejąc się z tego co nam się przytrafiło. Sami optymiści! Nie dość, ze Marcelina traktowała to jak błahostkę to teraz jeszcze on!
    - Hello, pritty women. – Zaczął brunet obejmując nas ramionami.
    - Kennedy, one są Polkami…- Oznajmił Julian i zaczął wyciągać nasze rzeczy z bagażnika.
     - Najmocniej przepraszam. – Powiedział Kennedy i uśmiechnął się. Był nawet przystojny, ale na mnie nie zrobił wrażenia. Za to Marcelina była wpatrzona w niego jak w obrazek.
     - Jestem Maryla, a to moja przyjaciółka Marcelina. – Przywitałam się i wyciągnęłam rękę. Ten jednak bez namysłu mnie uściskał. Moją przyjaciółkę również.
     - Jestem Kennedy i wiecie co?- Zadał pytanie retoryczne. – Nieźle sobie nagrabiliście. Mafia narkotykowa? Nigdy nie spodziewałbym się tego po tobie ,, książę”. – Dokończył zwracając się do Juliana.
     - Prosiłem cię tysiące razy żebyś się tak do mnie nie zwracał.- Warknął blondyn i wszedł do domu.
     - O co chodzi? – Zapytałam. Ciekawiło mnie dlaczego Julian miałby być ,,księciem”.
      - Bo pan idealny ma królewskie korzenie. – Powiedział chłopak i zaśmiał się.
      - Dziesiąta woda po kisielu! – Usłyszeliśmy krzyk Juliana.
Ja również wybuchłam śmiechem. Julian księciem. Nie spodziewałam się tego.
      - No to zapraszam panie na górę. – Powiedział Kennedy i wskazał długie, kręte schody prowadzące na górę. – Pierwsze drzwi na prawo.
Razem z Marceliną pokierowałyśmy się w tamtą stronę. Nasz pokój był duży i gustownie urządzony. Posiadał dwa dość duże łóżka, komodę, dwie szafy, stolik i  osobną łazienkę.
Ten cały Kennedy musiał być naprawdę bogaty. Zanim się obejrzałam Marcelina rzuciła się na łóżko z czerwoną pościelą.
     - Nie sądzisz, że on jest uroczy? – Zapytała przyjaciółka.
Wzruszyłam ramionami. Jedyną myślą, która mnie pocieszała było to, że Marcelina przynajmniej nie flirtuje z Julianem. Niech bierze sobie tego Kennedy’iego. On akurat mnie nie interesował.
    - No Mary…Przyznaj chociaż, że Julian ci się podoba. – Rozkazała przyjaciółka i zaczęła podrzucać poduszkę.
Zatkało mnie, a moja twarz automatycznie oblała się rumieńcem. Na swoje szczęście stałam do niej odwrócona.
    - Nie mów do mnie Mary.-Starałam się zmienić temat.
    - Nie odwracaj kota ogonem. – Prychnęła.
    - Przestań. – Warknęłam, a Marcelina rzuciła we mnie poduszką. Oddałam jej z całej siły. Ta udając, że umiera stoczyła się na podłogę. Parsknęłam śmiechem i stanęłam w drzwiach.
   - Przyjdź do nas jak wydoroślejesz. – Powiedziałam z uśmiechem i zeszłam na dół.
Julian i Kennedy siedzieli przy stole rozmawiając.
   - Cześć. – Przywitał się cicho Julian gdy mnie zobaczył.
   - He… - Urwałam, bo znów zaczął mówić.
   - Gdzie Marcelina?
No jasne. Marcelina i Marcelina. Skoro tak ją lubił czemu się z nią nie umówił?  Niech sam po nią idzie jak tak zależy mu na jej obecności.
   - Zamknij się. Nie widzisz, że rozmawiamy? – Powiedział Julian i szturchnął Kennedy’iego. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to on zapytał o moją przyjaciółkę. Naprawdę byłam przewrażliwiona. I chyba zazdrosna.
   - Ehm… - Odchrząknęłam. – Już idzie. Marcelina!
Po chwili obok nas zjawiła się czarnowłosa we własnej osobie.
   - Co robicie? – Zapytała i niby przez przypadek nachyliła się nad Kennedy’m.
   - Tak właściwie to nic, ale może… - Zaczął brunet i podrapał się w tył głowy. Tak. Był zakłopotany. Mężczyźni zawsze tak robią gdy chcą zaprosić dziewczynę na randkę.
   - Może poszlibyśmy…- Nie dokończył, bo Marcelina pisnęła jakieś krótkie ,,jasne” i wyciągnęła go z mieszkania.
   - Zazdrosna? – Zapytał po chwili Julian i uśmiechnął się szelmowsko.
Zakryłam twarz dłońmi żeby ukryć, że znów się rumienię. Skąd wiedział? Nikt nie jest aż tak przewidujący. Nie do tego stopnia.
   - Chciałbyś, co? – Zapytałam łamiącym głosem. No to po mnie.
Nagle Julian znalazł się tuż przy mnie. Odsunął moje ręce od twarzy. Był tak blisko, że niemal czułam bijące od niego ciepło.
****************************************
 Nie zabijajcie za końcówkę ;)


  

czwartek, 16 października 2014

Rozdział 9. Ucieczka



    - Julian, nie! – Wrzasnęłam – Ja mam WSTRZĄS MÓZGU. – Dokończyłam akcentując ostatnie dwa wyrazy.
   - Tu chodzi o mafię. – Wyszeptał Julian. – Chodzi o twoje bezpieczeństwo
Wcale tego nie chciałam. Gdybym mogła przewidzieć, że tak to się skończy, nigdy nie angażowałabym się w znajomość z Julianem.
   - Gdzie niby mielibyśmy uciec i kiedy? – Zapytałam.
   - Nie mam pojęcia. Może do Liverpoolu, albo w ogóle jakiegoś innego kraju. Co do czasu… Może nawet dzisiaj. – Oświadczył.
   - Kiedy??? Czego nie zrozumiałeś w pojęciu ,,Wstrząs mózgu”? – Zapytałam oburzona.
Co on sobie myślał? Że pojadę z nim w nieznane, chociaż mam ciężki uraz, a w dodatku w ogóle go nie znam?
    - Posłuchaj Marylo…- Zaczął. – Musisz wypisać się na własne życzenie. Oni mogą już w tej chwili być na naszym tropie.
Przestraszyłam się nie na żarty. Gdyby ktoś jeszcze tydzień temu oświadczył mi, że będę uciekać przed mafią narkotykową, wyśmiałabym go.
   - Nie wiem. – Powiedziałam.
   - Zrób to. Inaczej możesz nas wplątać w ogromne tarapaty. – Powiedział i ruszył w stronę wyjścia. Minął się z lekarzem.
    - Dzień dobry pani… - Zaczął i spojrzał na kartkę w swoim notesie. - …Kępińska. Ja się pani czu…
    - Chcę się wypisać.- Oświadczyłam twardym tonem. – Na własne życzenie.


                                                ***************

   Spakowałam wszystkie rzeczy do torby i szybkim krokiem wyszłam ze szpitala. Czekał tam na mnie Julian. Skąd mógł wiedzieć, że to zrobię? Nieważne. Teraz, skoro już się wypisałam najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej uciec.
   - Wiedziałem, że przyjdziesz. – Uśmiechnął się.
   - Jak przez ciebie trafię na OIOM to obiecuję, że wytoczę ci proces.  –Zagroziłam.
   - Nie martw się. Stoi przed tobą przyszły lekarz, który dobrze wie co robić.
Szturchnęła  go w ramie i zaczęłam iść przed siebie.
   - Wiesz w ogóle dokąd idziesz? – Zapytał
   - Nie.
    - Najpierw idź do domu i spakuj tylko najpotrzebniejsze rzeczy. I nikt ma cię nie widzieć. Przyjadę po ciebie o piątej. – Instruował.
    - Dobra. – Odparłam i zaczęłam truchtać w stronę domu. Ucieszyłam się, że domowników jeszcze nie ma i, że będę mogła załatwić wszystko szybko i sprawnie. Miałam mieszane uczucia co do tego wyjazdu, ale wiedziałam, że to zło konieczne. Zaczęłam pakować do jednej z moich najbardziej pojemnych torebek potrzebne przedmioty takie jak telefon, pieniądze, szczoteczka do zębów czy ubrania. Gdy byłam gotowa spojrzałam na zegarek i uświadomiłam sobie, że do piątej zostało niecałe pół godziny. Szybko zadzwoniłam do Marceliny.
    - Co tam Mary? –Zapytała przyjaciółka.
    - Prosiłam cię, żebyś tak do mnie nie mówiła. – Zaczęłam. – I jeszcze jedno…
Zawahałam się. Czułam się jak wtedy, kiedy musiałam powiedzieć Ance o wyjeździe do Londynu. Postanowiłam powiedzieć Marcelinie całą prawdę.
     - Co takiego? – Zapytała.
      - Zadarliśmy z mafią i musimy uciekać. Ja i Julian. – Opowiedziałam w skrócie. Bałam się, że zareaguje podobnie jak Anka.
    - Wow. – Usłyszałam przyjaciółkę. – To zabieram się z wami.
    - Nie możesz. To zbyt niebezpieczne.- Zaprotestowałam
     - Niebezpieczne? Chyba dla ciebie. – Odrzekła ze stoickim spokojem Marcelina. Tak jakby ucieczka przed mafią była dla niej czymś naturalnym.
Chyba będę musiała się zgodzić. W końcu była moją najlepszą przyjaciółką. Z nią byłoby mi raźniej. Poza tym jeżeli wszystko pójdzie dobrze nic nam nie będzie.
    - Dobra. Pakuj się i pędem do mojego domu. – Rozkazałam, a Marcelina się rozłączyła. Wrzuciłam telefon do torebki i położyłam się na łóżku. Tak. Nigdy bym się tego nie spodziewała.


                                           *****************

   Julian przyjechał pod mój dom czarnym peugeotem. Zdziwił się na widok Marceliny stojącej obok mnie.
    - A ta pani co tu robi? –Zapytał
    - Ona jedzie z nami. – Oświadczyłam.
    - Nie ma takiej opcji. – Powiedział Julian i zaczął pakować moja torebkę na tylne siedzenie.
    - Posłuchaj blondasku, nie ma nawet takiej opcji żebym nie jechała. Maryla to moja najlepsza przyjaciółka i nie zabierze mi jej żaden napalony Anglik. – Oświadczyła cały czas pełna spokoju Marcelina i wsiadła do auta. Julian się zaśmiał.
   - Chyba polubię twoją koleżankę. – Powiedział.
Wtedy poczułam ukłucie zazdrości. Julian polubi Marcelinę. Co prawda nie był moim chłopkiem, ale czułam do niego coś więcej. Możliwość, że mógłby polubić jakąś inną dziewczynę wydawała mi się nie do pomyślenia. Ale w tedy nie było czasu na przemyślenia. Szybko usiadłam z tyłu obok przyjaciółki i przygotowałam na największą ,,przygodę” swojego całego życia.

******************************
Długo nie pisałam, ale oto i kolejny rozdział J Podziękujcie Tini. :D

czwartek, 9 października 2014

Rozdział 8. Mafia

 Szliśmy z Julianem pod rękę w stronę mojego domu.
  - Nie musisz mnie odprowadzać. - Powiedziałam.
  - Ale chcę. - Uśmiechnął się. - A poza tym muszę ci coś pokazać.
Po chwili doszliśmy na parking.
  - Chcesz mi pokazać samochód?- Zapytałam pewna siebie.
  - Nie. - Odpowiedział z satysfakcją.
Byłam szczerze zdziwiona. Co chciał mi pokazać na parkingu, jak nie samochód? Po chwili doszliśmy do dużego czarnego motoru.
   - Motor. Wiedziałam. - Skłamałam, bo w ogóle nie przyszła mi do głowy taka ewentualność.
   - Wiedziałaś? - Zapytał- Na pewno?
   - Nie. -Parsknęliśmy śmiechem.
   - Zapraszam. - powiedział i zaczął wkładać rękawiczki i kask. Nie widziałam przyczyny żeby odmówić. Poza tym zawsze marzyłam o przejażdżce motorem. Założyłam na siebie kask i usiadłam za Julianem.
   - Mogę?- Zapytałam.
   - Naturalnie.
Objęłam go mocno w pasie. Wtedy Julian odpalił silnik i wjechaliśmy na ulicę. W błyskawicznym tempie przemierzaliśmy drogi Londynu. Po chwili stało się coś strasznego. Z bocznej uliczki wyjechała ciężarówka, tak jakby kierowca w ogóle nie używał lusterek. Julian gwałtownie skręcił na drugi pas wpadając na samochód osobowy. Poczułam tylko jak moje wręcz bezwładne ciało wypada z motoru i uderza głową w jezdnię.

       *********

   Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą białą ścinę i kilka pustych łóżek z jasnozieloną pościelą. Przyłożyłam dłoń do czoła i uświadomiłam sobie, że moja głowa jest zabandażowana. Kompletnie nie miałam pojęcia co się stało. Dopiero po kilkunastu minutach zaczęły docierać do mnie pojedyncze fakty. Julian. Motor. Wypadek. Oby jemu nic się nie stało. Po chwili na salę, w której leżałam wszedł lekarz w okularach i białym fartuchu.
   - Panie doktorze... - Głos mi się łamał.
  - Proszę nic nie mówić. Miała pani silny wstrząs mózgu i każdy najmniejszy wysiłek może go nadwyrężyć. - Powiedział po Polsku.
  - Ale co z nim?
  - Pan Higgins żyje i ma się dość dobrze. To o siebie powinna pani się martwić. Przeprowadziliśmy na pani skomplikowaną operację mózgu, ale na razie musimy czekać.
  - Na co czekać?! - Krzyknęłam
  - Niech się pani opanuje. Czekać na efekty.- Tłumaczył.
  - A ten kierowca ciężarówki? To my mieliśmy pierwszeństwo! - Spierałam się.
  - Ja nic nie wiem w tej sprawie. W tym celu odwiedzą panią policjanci, aby spisać zeznania.Lekarz wyszedł, a ja analizując całą sytuację czekałam na przybycie policjantów. Po chwili pojawili się, aby spisać moje zeznania. Nie miałam zbyt wiele do powiedzenia, ale za to oni mogli mi dostarczyć jakichś informacji.
   - Prawie niczego nie pamiętam. - Zaczęłam. -Co się stało?
   - Kierowca ciężarówki wyjechał zza zakrętu, mimo, że nie miał pierwszeństwa. Pan Higgins skręcił i uderzył w samochód należący do... - Blondwłosa policjantka urwała i odwróciła się do swojego kolegi z pracy. Ten pokiwał twierdząco głową.
   - Do kogo?  -Zapytałam.
   - Do członków mafii, którzy przewozili amfetaminę.  -Powiedziała.-Wszyscy przeżyli, a dzięki panu Higginsowi zdemaskowaliśmy ich i wsadziliśmy za kratki.
Zaniemówiłam. Mafia? Ta policjantka chyba nie wie co mówi. Ci w samochodzie to na pewno była jej mała część. Pozostali będą próbowali nas znaleźć i zabić za to co zrobił Julian.
  - Gdzie jest Julian? - Zapytałam.
  - A zeznania? - Domagała się policjantka.
  - Nie mam siły na zeznania. - Powiedziałam. -Z resztą wszystko już państwo wiedzą.
  - No dobrze. Innym razem spiszemy zeznania. - Powiedziała policjantka i schowała notes do kieszeni. - Pan Higgins czeka na korytarzu.
Po chwili policjanci wyszli, a na salę wszedł Julian. Podbiegł do mojego łóżka i schylił się, tak abym go słyszała.
  - Wiesz już o tej mafii? - Zapytał szeptem
  - Tak. - Odpowiedziałam tym samym tonem. - Pozostali będą chcieli nas znaleźć.
  - Wiem. Dlatego będziemy musieli uciec.
**********************************
 Ten rozdział to lekko zmodyfikowany pomysł, który poddała mi nasza droga Tini. Mam nadzieję, że wam się spodobał ;)

wtorek, 7 października 2014

Rozdział 7. Przeprosiny

    Doszłam do domu i zanim domownicy zdążyli na mnie nakrzyczeć ukryłam się w pokoju. Siadłam pod drzwiami i złapałam się za głowę. Jak mogłam być taka głupia? Co ja sobie myślałam? Że oprę się o tego całego Juliana, powiem coś ckliwego, a on od razu się we mnie zakocha? Tak. Chyba tak właśnie myślałam. Miałam nadzieję, że chociaż mnie obejmie albo coś w tym stylu. A on co? On tylko siedział, a ja zrobiłam z siebie pustą idiotkę, która przystawia się do każdego nowo poznanego chłopaka.
   Usiadłam na łóżku i położyłam sobie telefon na kolanach. Czekałam aż ktoś zadzwoni. Myśląc ,, ktoś" miałam na myśli Marcelinę. Wczoraj skończyły mi się pieniądze na koncie, dlatego czekałam aż to Marcelina zadzwoni. Nie śmiałam nawet prosić ,,znajomych cioci" o doładowanie. Nawet nie wiedziałam jak się nazywali. Ciocia coś o tym wspominała, ale w moim mózgu obowiązywała ścisła zasada: ,,Nie przyswajamy nudnych rzeczy". W końcu odezwała się piosenka Floydów, a ja odebrałam telefon.
    - I jak? I jak?! I jak?! - Piszczała przyjaciółka.
    - Nijak. Wszystko schrzaniłam. - Odpowiedziałam.
    - No co ty? Jak?
    - Na chama się do niego przystawiałam.
    - No co ty? Jest aż tak źle?- Zapytała.
    - Nie. Może przesadzam.
Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę o niewypale znanym również pod nazwą: ,,Moja randka z Julianem", a potem Marcelina oświadczyła, że musi się uczyć, bo następnego dnia miała być kartkówka z biologii. Ja postanowiłam olać naukę i pójść spać. Ułożyłam się wygodnie i z myślą, że jutro będzie jeszcze gorzej w końcu zasnęłam.

                        ************
    Obudziłam się i spojrzałam na zegarek. Stwierdziwszy, że już po dziesiątej postanowiłam nie iść do szkoły. Brawo! Brawo Marylo! To trzeci dzień szkoły, a ty już wagarujesz! - Odezwała się moja podświadomość. Trudno. Leniwie wstałam z łóżka, zrobiłam sobie jakąś kanapkę na śniadanie i wyszłam na dwór. Słońce mocno świeciło, więc postanowiłam nie marnować dnia i gdzieś pójść.
    Szłam w ciszy przez Londyńskie uliczki. W końcu zatrzymałam się pod uniwersytetem medycznym. To tutaj studiuje Julian. Po chwili do głowy przyszedł mi bardzo głupi pomysł. Usadowiłam się na murku przed wejściem do LMU (London Medical University). Po kilu godzinach zaczął z niego wychodzić tłum studentów. Próbowałam dojrzeć gdzieś Juliana. Gdy w końcu ujrzałam w tłumie jego piękną twarz pobiegłam w tamtą stronę.
   - Cześć Julian. - Przerwałam mu rozmowę z kolegami.
   - Cześć.- Przywitał się, a potem zwrócił do kolegów. - This is Maryla. My good friend.
    - Hi Maryla.  -Powiedział jeden z kolegów Juliana. Miał czarne włosy, niesfornie opadające mu na twarz, kilka piegów i prosty, długi nos. Był całkiem przystojny.
    - Hi.  -Odchrząknęłam i znów zwróciłam się do Juliana. - Musimy pogadać.
    - Z pewnością. - Powiedział. - Goodbye.
Poszłam za Julianem w stronę ulicy.
    - Nie powinnaś być w szkole?- Zapytał w końcu.
    - Nie. - Skłamałam.
    - Coś chyba ci nie wierzę. - Powiedział.
    - Może powinieneś zacząć.
    - To o czym chciałaś pogadać? - Zmienił temat.
    - O wczoraj.
    - Coś było nie tak?
    - Nie... To znaczy...Wszystko...- Próbowałam skleić jakieś sensowne zdanie. - Coś czuję, że ta rozmowa nie ma sensu.
     - A ja czuję, że ma. I to głęboki. - Zaskoczył mnie tym, co można było wywnioskować po mojej minie.
     - Po prostu chciałam przeprosić. - Powiedziałam w końcu.
     - Nie. To ja powinienem cię przeprosić.
     - No to skoro oboje się przepraszamy to uznajmy, że nikt nie jest winny i zakończmy tę rozmowę. - Zaproponowałam.
Julian się uśmiechnął.
    - Kawa? - Zapytał.
    - Kawa. - Odpowiedziałam i wzięłam go pod rękę.
**********************
Rozdział trochę głupi i beznadziejny, bo w ogóle nie miałam weny, ale pewna osoba znana pod pseudonimem Tini Cullen przymusiła mnie do napisania go. :) Pozdrawiam.

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 6. Wycieczka



Z punktu widzenia Juliana

           Przyszedłem pod szkołę Maryli. Do końca ostatniej lekcji pozostało prawie dwadzieścia minut. Gdy tylko przyjdzie zaproszę ją na zwiedzanie Londynu. Sam nie znam go zbyt dobrze. W wieku siedmiu lat razem z rodzicami przeprowadziłem się do Polski – ojczystego kraju mojej mamy. To tam się wychowywałem. Postanowiłem wrócić do Londynu, w celu dokończenia liceum i rozpoczęcia studiów. Rodzice zostali w Polsce, a mi pozwolili zająć nasze stare mieszkanie. Był to duży, piętrowy dom z widokiem na London Eye.
        Po chwili pojawiła się Maryla od razu uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Intrygowała mnie, mimo, że prawie nic o sobie nie mówiła. Była taka skryta, a to jeszcze bardziej mnie pociągało.
    - Cześć. – Powiedziała. – Ile już tu stoisz?
    - Parę minut. – Odpowiedziałem. Chyba przeszkadzało jej, że tak się dla niej starałem. Wiedziałem, że niektórzy woleli nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi i raczej…jakby to ująć- ukrywać. Ona do takich należała.
    - To odprowadzisz mnie do domu, czy może… - Wahała się. Wiedziałem, że miała ochotę gdzieś ze mną pójść, ale bała się poprosić.
   - Mam już wszystko zaplanowane. – Uspokoiłem ją.
   - Hmmm…- Zaczęła. Chyba chciała mnie jakoś zripostować.- Pan zorganizowany…
Podobała mi się  ta jej zaciętość i upartość. Mimo wszystko nietrudno było odgadnąć co ma na myśli. A może było. Po prostu wszyscy uważali zawsze, że jestem bardzo przewidujący.
   - No to… Gdzie idziemy? – Zapytała.
   - Niespodzianka. – Powiedziałem. Chciałem ją trochę potrzymać w niepewności.
   - Nienawidzę niespodzianek. – Burknęła.
Parsknąłem śmiechem.
   - Ta ci się spodoba. – Zapewniłem.
Na chwilę przestała narzekać i szliśmy w ciszy w kierunku, który wcześniej wskazałem.
   - Daleko jeszcze? – Zapytała, gdy znaleźliśmy się w centrum miasta. – Bolą mnie nogi.
   - Skończ z tym narzekaniem.
Zaśmiała się.
   - Opowiedz mi coś o sobie. Ty o mnie wiesz już prawie wszystko, a ja o tobie tyle co nic. – Powiedziałem.
   - Moja historia nie jest zbyt intrygująca. – Powiedziała Maryla.
   - Dobra, nie naciskam. – Zadeklarowałem i uniosłem ręce w obronnym geście. Jak zechce to sama mi wszystko powie.
   Po chwili dotarliśmy pod Big Ben.
    - Naprawdę? –Zapytała. – Romantyczna randka pod wielkim zegarem.
Po chwili ,,ugryzła się w język” i zamilkła, a jej twarz zakwitła na czerwono. Nie chciała tego powiedzieć. Zdecydowanie nie. Postanowiłem udawać, że nie dosłyszałem i jak gdyby nigdy nic ruszyłem w stronę wejścia do wieży zegarowej.
    - Idziesz? – Zapytałem.
    - Jasne. Przecież nie będę tu stać. –Powiedziała.
Kupiłem bilety i weszliśmy, żeby pozwiedzać wnętrze. Po Big Benie było krótkie przedstawienie w Globe Theatre, ale najlepsze zostawiłem na sam koniec.
   - Idziemy już? – Zapytała w końcu.
   - Jeszcze nie.
Doszliśmy pod ogromny ,,diabelski młyn”, który tak naprawdę służył do oglądania widoków. Wsiedliśmy do jednej z kabin i zaczęła się przejażdżka.
   - O mój Boże jakie to piękne! – Zachwycała się Maryla.
Wiedziałem, że jej się spodoba.
     W drodze do domu zaczęło zachodzić słońce. Gdy szliśmy po małym pagórku Maryla pociągnęła mnie za rękę.
     - Obejrzyjmy zachód. – Poprosiła. Nie widziałem powodu żeby odmówić. Usiedliśmy na trawie i patrzyliśmy na horyzont, za którym zaraz miało zniknąć słońce. Po chwili Maryla położyła głowę na moim ramieniu. Chciałem objąć ją ręką, ale zbyt się bałem, że wtedy odejdzie. Cieszyłem się chwilą. Nie sądziłem, że mogę czuć się tak dobrze przy nowo poznanej dziewczynie.
   Ale czy to oznaczało, że się w niej zakochałem?

środa, 1 października 2014

Rozdział 5. Spotkanie

 Obudziłam się z myślą, że to nie będzie dobry dzień. Ubrałam się w zieloną koszulkę i jeansy, spakowałam książki do torby i spojrzałam na zegar wiszący w moim pokoju. Do rozpoczęcia lekcji zostało jeszcze ponad pięćdziesiąt minut. Nie zważając na to wyszłam z domu. Nie chciałam czekać aż domownicy się obudzą i obdarzą mnie kolejną porcją wyrzutów.
 Doszłam pod szkołę w dziesięć minut. Nikogo nie było dookoła więc postanowiłam usiąść na krawężniku i poczekać. Po kilkunastu okrutnie nudnych minutach na horyzoncie pojawiła się Marcelina. Miała na sobie czerwony T-shirt, jeansy do kolan, converse'y w kolorze bluzki i złotą biżuterię. Włosy miała związane w dwa warkocze, luźno opadające na ramiona. Na szyi spoczywały jej ukochane czerwone słuchawki. Paznokcie były naprzemiennie biało-czerwone.
    - Cześć Marcysiu. - Przywitałam się i przytuliłam przyjaciółkę.
   - Cześć Marylko.- Uśmiechnęła się i podniosła do góry swoje dłonie. - Patriotyzm na całego.
   - Widzę. - Odpowiedziałam i jeszcze raz dokładnie przyjrzałam się przyjaciółce.  - Lubisz czerwony, co?
   - Ja kocham czerwony! - Wykrzyknęła radośnie i wzięła mnie pod rękę. - Mam zamiar dzisiaj zapolować.
   - Na co? - Zapytałam zupełnie nieświadoma co miała na myśli.
   - Na chłopaków. - Odpowiedziała zupełnie spokojnie.
Po chwili obie parsknęłyśmy śmiechem.

                              **********
   Szkoła okazała się całkiem przyjazna. Mili nauczyciele, miłe osoby,  łatwy materiał. Lekcje minęły mi jak z bicza strzelił. Szybko wyszłyśmy ze szkoły, ale Marcelina oświadczyła, że obiecała załatwić coś dla cioci więc musi lecieć. Pożegnałyśmy się i każda poszła w swoją stronę. Gdy szłam w kierunku domu jakaś grupka chłopaków potrąciła mnie i runęłam z hukiem na chodnik. Żaden się nie zatrzymał, żeby mi pomóc. Żaden oprócz jednego.
   - Najmocniej przepraszam. - Powiedział z angielskim akcentem i podał mi rękę. Jak na Angola to bardzo dobrze znał Polski.
  - Nie ma za co. - Powiedziałam i otrzepałam prowizoryczny kurz ze spodni.
  - Jestem Julian. - Powiedział grzecznie i uśmiechnął się.
  - Maryla. - Orzekłam obojętnie. A przynajmniej to miało wyglądać obojętnie, bo ten cały Julian był tak przystojny, tak szarmancki i tak pociągający, że przy nim chyba nie dało się zachować obojętności. Miał włosy w karmelowym odcieniu, był wyskoki, dobrze zbudowany i nieziemsko przystojny.
  - Dałabyś się zaprosić na kawę? - Zapytał po chwili milczenia.
   - Chyba odmowa nie wchodzi w grę. - Skwitowałam i uśmiechnęłam się.
Doszliśmy do małej kawiarenki, o której niektórzy mogliby powiedzieć ,,romantyczna". Piliśmy kawę i rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że Julian był studentem pierwszego roku na uniwersytecie medycznym. To znaczy, że miał dwadzieścia lat. Tylko trzy więcej niż ja. Ja nie miałam za wiele do powiedzenia. Mój życiorys nie należał do porywających.
  - O której kończysz jutro lekcje?  -Zapytał w końcu chłopak.
  - O drugiej.- Odpowiedziałam. - A co?
  - Jeżeli nie miałabyś nic przeciwko chciałbym po ciebie przyjść.  -Uśmiechnął się zawadiacko.
  - Serio? Najpierw olewasz dla mnie kolegów, a teraz jeszcze to?- Zapytałam. To dziwne. Teraz nie ma takich dżentelmenów. Może to jakiś podstęp, a zadawanie się z tym Julianem to nie jest zbyt dobry pomysł? A może po prostu chciał być miły? Nie wiedziałam.
  - Czyli się nie zgadzasz? - Zapytał. Było widać, że mu przykro.
  - Nie. Nie o to chodzi. Jasne, że się zgadzam.- Odpowiedziałam.
   Pożegnaliśmy się i ruszyłam w stronę domu. Ciekawe co wyniknie z mojej nowej znajomości z tajemniczym Julianem?
   
     *******************

  Odrabiałam lekcje gdy nagle zauważyłam świstek wystający z mojej torby. Wyjęłam go i okazało się, że to serwetka z tej kawiarni. Rozwinęłam ją i ujrzałam numer telefonu oraz dopisek: ,, Mam nadzieję,  że zadzwonisz." Hmmm. Zadzwonić? Postanowiłam na razie trzymać go w niepewności. Niech się stara. Po chwili mój telefon zadzwonił. Bałam się, że nie wiadomo jak Julian zdobył mój numer telefonu. Nie. To na szczęście Marcelina.
  - Hej, co dzisiaj fascynującego robiłaś? - Zapytała,
  - Nie zgadniesz.
************
Hej. To już piąty rozdział. :D. Jak coś to Julian, czyta się Dżulian.