- Zazdrosna? –
Zapytał po chwili Julian i uśmiechnął się szelmowsko.
Zakryłam twarz dłońmi żeby ukryć, że znów się rumienię. Skąd
wiedział? Nikt nie jest aż tak przewidujący. Nie do tego stopnia.
- Chciałbyś, co? –
Zapytałam łamiącym głosem. No to po mnie.
Nagle Julian znalazł się tuż przy mnie. Odsunął moje ręce od
twarzy. Był tak blisko, że niemal czułam bijące od niego ciepło. Chłopak ujął
moją twarz w dłonie i złożył na ustach namiętny pocałunek. Nie próbowałam się
opierać. Nie chciałam. Po chwili objęłam go za szyję. Czułam się cudownie z
myślą, że chłopak, na którym od początku mi zależało też coś do mnie czuł.
Powoli odpływałam.
- To znowu ja,
zapomniałam…- Usłyszałam głos Marceliny dobiegający od strony drzwi.
Momentalnie oderwałam się od Juliana i z hukiem wylądowałam na podłodze.
- Mmmm…Widzę, że
nie próżnujecie. – Zaśmiała się czarnowłosa. – Nie ma mnie trzy minuty, a wy
już zdążyliście…
- Po co przyszłaś?
– Warknęłam podnosząc się z podłogi.
Miałam jej za złe, że zepsuła mi mój pierwszy pocałunek od
trzech lat. I w dodatku z kimś na kim na kim naprawdę mi zależało.
- Rozpadało się,
więc wróciłam po parasol. – Zachichotała Marcelina, sięgnęła po pożądany
przedmiot i szybkim krokiem nas opuściła.
- Przepraszam. –
Powiedziałam próbując ukryć zakłopotanie. Bałam się co mógł sobie o mnie
pomyśleć.
- Nie ma sprawy.
Nie twoja wina. – Uśmiechnął się.
- To ja…-Próbowałam
wymyślić coś w miarę sensownego. – Pójdę już spać.
- Dobranoc. –
Usłyszałam jeszcze gdy kierowałam się w stronę schodów.
Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do pokoju raz, dwa wzięłam
prysznic, umyłam zęby, przebrałam się w piżamę i wylądowałam na łóżku. Moje
było trochę mniejsze niż to Marceliny. Posiadało zieloną pościel w żółtą kratę,
która pachniała proszkiem do prania. Kennedy musiał wcześniej wiedzieć, że
przyjedziemy skoro zdążył nawet uprać pościel. Nie zastanawiając się dłużej
zamknęłam oczy. Jednak sen nie nadchodził. Próbowałam nie myśleć o mafii, o
pocałunku, o tym wszystkim. Jednak wszystkie te myśli kotłowały mi się w
głowie. Gdy dostrzegłam zegarek z godzina drugą w nocy uświadomiłam sobie, że
Marcelina już przyszła. Czyli musiałam jednak przysnąć. Przez kolejne
kilkanaście minut wiłam się bez celu w łóżku. W końcu postanowiłam zejść na
dół. Mijając Marcelinę ledwie powstrzymywałam się przed uduszeniem jej. Zeszłam
na dół i zauwazyłam Juliana i Kennedy’iego siedzących przy stole.
- O co ci chodzi? –
Zapytał Julian.
- Musicie już
jechać.
- Czemu? Nie chcesz
nas?
- Nie o to chodzi.
– Westchnął Kennedy.
- Więc?
- Jeżeli ci z mafii
rzeczywiście was tropią to na pewno już wiedzą, że tu jesteście.
- Myślisz?
- Tak. Nie możesz
ich narażać.
- Dobra, jutro po
południu nas nie ma. – Powiedział Julian i wstał.
Pędem, żeby Julian mnie nie zobaczył wbiegłam na piętro.
Czyli już wiedzą. Wiedzą gdzie jesteśmy. Nerwowo potarłam czoło ręką. Było całe
spocone. Do rana nie mogłam spać, więc kręciłam się po pokoju i od czasu do
czasu spoglądałam na śpiącą Marcelinę. Siadałam, wstawałam, siadałam, wstawałam
i tak w kółko. Cały czas myślałam o tym wszystkim. Ta sprawa z każdą chwilą
stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Gdy na zegarku ukazała się godzina
piąta zbiegłam na dół. Nikt jeszcze nie wstał. W domu panowała cisza. Po chwili
przypomniałam sobie kolejne wstrząsające wydarzenie. Wczoraj całowałam się z
Julianem! Zaczynam nerwowo kręcić się w kółko. O czym myślał robiąc to? Że mnie
kocha, że chce ze mną być? Nie miałam pojęcia. Stresował mnie fakt co będzie
dzisiaj. Czy będzie zachowywał się jakby to się nie stało, czy może… Nie! Nie
ma czasu na związki. Szybko odgoniłam od siebie te myśli i wróciłam do
chodzenia po kuchni. Szósta, siódma, ósma, wciąż wszyscy spali. W końcu
usiadłam zrezygnowana i podparłam się na ręce. Po niedługim czasie zmożył mnie
sen.
******************
- Mary! – Usłyszałam
krzyk Marceliny i gwałtownie poderwałam się z krzesła.
- Co? – Zapytałam uspokajając
się powoli.
- Kennedy zrobił
śniadanie. – Oświadczyła i włożyła do ust kanapkę z roztopionym serem żółtym na
wierzchu.
Po chwili ja również raczyłam się śniadaniem. Kanapki
przygotowane przez Kennedy’iego były zarazem pikantne i słodkawe. Mimo wszystko
tworzyły ciekawą kompozycję.
- Gdzie Julian?-
Zapytałam po chwili.
- Poszedł do sklepu.
– Odrzekł beztrosko Kennedy.
Po chwili odezwał się dzwonek do drzwi.
- Widzisz? To pewnie
on. – Dodał i podszedł do drzwi.
Zanim zdążył otworzyć, drzwi wylądowały obok popchnięte
czyimś kozakiem. Kennedy upadł na podłogę. Machinalnie poderwałam się z krzesła
i wtedy zauważyłam kto wszedł do mieszkania. Zamarłam.
***********************************************
I co? Podobało się? Wreszcie rozpoczyna się akcja ;)
Bardzo się podobało! Historia zaczyna nabierać coraz większego tępa. I pierwsze pytanie to czy uda się Maryli Julianowi i Marcelinie uciec przed mafią. Będę czekać na kolejny rozdział :)
OdpowiedzUsuńSuper!
OdpowiedzUsuńFajny, ale za zakończenie zabiję.
OdpowiedzUsuńNo kochana wiem, że późno, ale w końcu komentuję. Rozdział był genialny. Szczególnie początek i potem końcówka, za którą mam ogromną ochotę Cię zabić i nie wykluczam, że to zrobię. Życzę weny i jeszcze raz przepraszam, że tak późno. ~Alice
OdpowiedzUsuńP.S. Jak możesz to przynieś mi na poniedziałek dwa zeszyty. Wiesz o co mi chodzi.