poniedziałek, 27 października 2014

Rozdział 11. Wizyta



  - Zazdrosna? – Zapytał po chwili Julian i uśmiechnął się szelmowsko.
Zakryłam twarz dłońmi żeby ukryć, że znów się rumienię. Skąd wiedział? Nikt nie jest aż tak przewidujący. Nie do tego stopnia.
   - Chciałbyś, co? – Zapytałam łamiącym głosem. No to po mnie.
Nagle Julian znalazł się tuż przy mnie. Odsunął moje ręce od twarzy. Był tak blisko, że niemal czułam bijące od niego ciepło. Chłopak ujął moją twarz w dłonie i złożył na ustach namiętny pocałunek. Nie próbowałam się opierać. Nie chciałam. Po chwili objęłam go za szyję. Czułam się cudownie z myślą, że chłopak, na którym od początku mi zależało też coś do mnie czuł. Powoli odpływałam.
   - To znowu ja, zapomniałam…- Usłyszałam głos Marceliny dobiegający od strony drzwi. Momentalnie oderwałam się od Juliana i z hukiem wylądowałam na podłodze.
   - Mmmm…Widzę, że nie próżnujecie. – Zaśmiała się czarnowłosa. – Nie ma mnie trzy minuty, a wy już zdążyliście…
   - Po co przyszłaś? – Warknęłam podnosząc się z podłogi.
Miałam jej za złe, że zepsuła mi mój pierwszy pocałunek od trzech lat. I w dodatku z kimś na kim na kim naprawdę mi zależało.
   - Rozpadało się, więc wróciłam po parasol. – Zachichotała Marcelina, sięgnęła po pożądany przedmiot i szybkim krokiem nas opuściła.
   - Przepraszam. – Powiedziałam próbując ukryć zakłopotanie. Bałam się co mógł sobie o mnie pomyśleć.
   - Nie ma sprawy. Nie twoja wina. – Uśmiechnął się.
   - To ja…-Próbowałam wymyślić coś w miarę sensownego. – Pójdę już spać.
   - Dobranoc. – Usłyszałam jeszcze gdy kierowałam się w stronę schodów.
Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do pokoju raz, dwa wzięłam prysznic, umyłam zęby, przebrałam się w piżamę i wylądowałam na łóżku. Moje było trochę mniejsze niż to Marceliny. Posiadało zieloną pościel w żółtą kratę, która pachniała proszkiem do prania. Kennedy musiał wcześniej wiedzieć, że przyjedziemy skoro zdążył nawet uprać pościel. Nie zastanawiając się dłużej zamknęłam oczy. Jednak sen nie nadchodził. Próbowałam nie myśleć o mafii, o pocałunku, o tym wszystkim. Jednak wszystkie te myśli kotłowały mi się w głowie. Gdy dostrzegłam zegarek z godzina drugą w nocy uświadomiłam sobie, że Marcelina już przyszła. Czyli musiałam jednak przysnąć. Przez kolejne kilkanaście minut wiłam się bez celu w łóżku. W końcu postanowiłam zejść na dół. Mijając Marcelinę ledwie powstrzymywałam się przed uduszeniem jej. Zeszłam na dół i zauwazyłam Juliana i Kennedy’iego siedzących przy stole.
  - O co ci chodzi? – Zapytał Julian.
  - Musicie już jechać.
   - Czemu? Nie chcesz nas?
   - Nie o to chodzi. – Westchnął Kennedy.
   - Więc?
   - Jeżeli ci z mafii rzeczywiście was tropią to na pewno już wiedzą, że tu jesteście.
   - Myślisz?
    - Tak. Nie możesz ich narażać.
    - Dobra, jutro po południu nas nie ma. – Powiedział Julian i wstał.
Pędem, żeby Julian mnie nie zobaczył wbiegłam na piętro. Czyli już wiedzą. Wiedzą gdzie jesteśmy. Nerwowo potarłam czoło ręką. Było całe spocone. Do rana nie mogłam spać, więc kręciłam się po pokoju i od czasu do czasu spoglądałam na śpiącą Marcelinę. Siadałam, wstawałam, siadałam, wstawałam i tak w kółko. Cały czas myślałam o tym wszystkim. Ta sprawa z każdą chwilą stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Gdy na zegarku ukazała się godzina piąta zbiegłam na dół. Nikt jeszcze nie wstał. W domu panowała cisza. Po chwili przypomniałam sobie kolejne wstrząsające wydarzenie. Wczoraj całowałam się z Julianem! Zaczynam nerwowo kręcić się w kółko. O czym myślał robiąc to? Że mnie kocha, że chce ze mną być? Nie miałam pojęcia. Stresował mnie fakt co będzie dzisiaj. Czy będzie zachowywał się jakby to się nie stało, czy może… Nie! Nie ma czasu na związki. Szybko odgoniłam od siebie te myśli i wróciłam do chodzenia po kuchni. Szósta, siódma, ósma, wciąż wszyscy spali. W końcu usiadłam zrezygnowana i podparłam się na ręce. Po niedługim czasie zmożył mnie sen.

                                    ******************

  - Mary! – Usłyszałam krzyk Marceliny i gwałtownie poderwałam się z krzesła.
   - Co? – Zapytałam uspokajając się powoli.
  - Kennedy zrobił śniadanie. – Oświadczyła i włożyła do ust kanapkę z roztopionym serem żółtym na wierzchu.
Po chwili ja również raczyłam się śniadaniem. Kanapki przygotowane przez Kennedy’iego były zarazem pikantne i słodkawe. Mimo wszystko tworzyły ciekawą kompozycję.
  - Gdzie Julian?- Zapytałam po chwili.
  - Poszedł do sklepu. – Odrzekł beztrosko Kennedy.
Po chwili odezwał się dzwonek do drzwi.
  - Widzisz? To pewnie on. – Dodał i podszedł do drzwi.
Zanim zdążył otworzyć, drzwi wylądowały obok popchnięte czyimś kozakiem. Kennedy upadł na podłogę. Machinalnie poderwałam się z krzesła i wtedy zauważyłam kto wszedł do mieszkania. Zamarłam.
***********************************************
I co? Podobało się? Wreszcie rozpoczyna się akcja ;)

4 komentarze:

  1. Bardzo się podobało! Historia zaczyna nabierać coraz większego tępa. I pierwsze pytanie to czy uda się Maryli Julianowi i Marcelinie uciec przed mafią. Będę czekać na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny, ale za zakończenie zabiję.

    OdpowiedzUsuń
  3. No kochana wiem, że późno, ale w końcu komentuję. Rozdział był genialny. Szczególnie początek i potem końcówka, za którą mam ogromną ochotę Cię zabić i nie wykluczam, że to zrobię. Życzę weny i jeszcze raz przepraszam, że tak późno. ~Alice
    P.S. Jak możesz to przynieś mi na poniedziałek dwa zeszyty. Wiesz o co mi chodzi.

    OdpowiedzUsuń