wtorek, 9 grudnia 2014

Rozdział specjalny z okazji Bożego Narodzenia ;*



  Annabelle rozejrzała się wokoło. Wszędzie krzątali się ludzie, robili świąteczne zakupy, śmiali się. Dzieci lepiły bałwany, rzucały się śnieżkami. Ale młoda panna Higgins nienawidziła świąt, a przynajmniej nie rozumiała. Nie pojmowała po co obchodzić je tak hucznie, z takim rozgłosem. Jej zdaniem takie wydarzenia powinny być kameralne. Na dodatek ta chora tradycja jej rodziców. Jedne święta w Anglii, następne w Polsce. To samo z wakacjami. Przez te wszystkie ekscesy nigdzie nie mogła się zadomowić, ani przyzwyczaić do żadnego miejsca. Ciągłe zmiany i zmiany. Te święta mieli spędzić w ojczyźnie jej matki, z czego ta nie była zbyt zadowolona. W sumie, gdyby miały miejsce w Anglii również nie byłaby skowronkach. Skłoniło to ją do rozważnej decyzji jaką była ucieczka z domu na czas wigilii. Rodzice i tak jej nie potrzebowali. Wiedziała, że świetnie dadzą radę sami. Później przyjadą goście i nawet nie zauważą jej nieobecności.
  Ogólnie Annabelle nie przepadała, tak naprawdę za niczym. Wszystkie ,,durnoty” jakie wyprawiali inni ludzie śmieszyły ją lub były jej obojętne. Jedyną rzeczą, która jeszcze nigdy jej nie zawiodła była fizyka, wspomagana matematyką. No bo fizyka była wszędzie, we wszystkim i wszystkich do okoła. Anna (jak nazywali ją polscy znajomi) była umysłem ścisłym, mózgiem. Było to zupełne przeciwieństwo jej matki. Szalonej, nieobliczalnej, ale często zamkniętej w sobie kobiety uwielbiającej jazdę motocyklem. Szesnastolatka nigdy nie rozumiała swoich rodziców. Często wspominali coś o jakiejś tragedii, która przytrafiła się kilkanaście lat temu, ale nie chcieli o niczym wspominać córce.
  Anna nie zastanawiając się dłużej wpadła do kolorowej kawiarenki, bo poczuła, że twarz zaczyna jej odmarzać. Poczuła słodki zapach kawy cynamonowej i natychmiast zamówiła sobie taką.  Postanowiła usiąść przy stoliku blisko okna. Zauważyła, że rozpadało się na dobre. Wściekła się na samą myśl, że będzie musiała wracać do domu autobusem. Gdy ogrzała się i wypiła jedną trzecią kubka uświadomiła sobie, że ktoś jej się przygląda. Był to chłopak w jej wieku. Bezczelnie dosiadł się do jej stolika i jeszcze śmiał na nią patrzeć.
,, Trzeba mieć tupet…! „ Pomyślała i postanowiła go ignorować.
  - Co robisz sama w wigilię? – Zapytał po chwili.
  - Niech cię to nie interesuje. – Warknęła. Już całkiem przeszła jej ochota na kawę.
  - A jeśli jednak interesuje? – Dopytywał się.
  - Korzystam z tego, że ta kawiarnia jest jeszcze otwarta. – Powiedziała opryskliwie i odwróciła wzrok. Miała już serdecznie dość tego natręta.
  - Skoro nic nie robisz to może wpadniesz do mnie? – Zapytał.
O nie! Tego było już za wiele!
  - Jeśli myślisz, że… - Już miała powiedzieć coś obraźliwego, gdy uświadomiła sobie, że ten chłopak chciał być po prostu miły.
  - Nie chcesz to nie. – Zaczął i już miał wstawać kiedy Anna momentalnie zmieniła zdanie.
  - Dobrze, pójdę z tobą. – Zgodziła się i również wstała.

                                                                                        ************

   Szli obok siebie nie odzywając się. Anna czuła śnieg skrzypiący pod butami oraz rosnące napięcie. Po jakie licho zgadzała się iść gdzieś z jakimś obcym facetem?!
  - To jak…? Uciekłaś z domu? – Zapytał w końcu chłopak, jakby czytał w jej myślach. Ta jednak postanowiła dać za wygraną i w końcu komuś się wyżalić.
  - No bo to wszystko przez nich… - Jęknęła.
  - Przez kogo?
  - Przez rodziców. Cały czas są tacy zabiegani, w ogóle się mną nie interesują, cały czas mi czegoś zabraniają i  jeszcze te święta! Co roku gdzie indziej! Przez to czuję się jakbym w ogóle nie miała domu! – Powiedziała jednym tchem i poczuła jak łzy zbierają jej się w kącikach oczu.
  - Tak naprawdę to wcale nie masz problemu. To nic w porównaniu z tym, z czym muszą zmagać się inni ludzie. Ty tylko narzekasz, bo jesteś rozpieszczona. Masz wprost idealne życie, a wciąż narzekasz. Nie doceniasz świąt i ich piękna. Nie doceniasz rodziców, którzy kochają cię najbardziej na świecie. No bo święta nie są po to żeby siedzieć przy stole i ubierać choinkę. Są po to, żeby być z bliskimi, nie ważne gdzie i  nie ważne jak. Teraz pewnie twoi rodzice się martwią, zastanawiają czy jeszcze wrócisz. Postąpiłaś źle. Bardzo źle.
Anna myślała, że zaraz wybuchnie. Nie dość, że uczepił się jej jak rzep psiego ogona to jeszcze miał czelność jej ubliżać. Ale w głębi duszy wiedziała, że ma rację. Wiedziała, że źle zrobiła i że będzie musiała wrócić i przeprosić rodziców.
  Westchnęła i cicho i zebrała się w sobie.
  - Ja już dalej z tobą nie pójdę. –Oznajmiła.
  - Czemuż to?- Zapytał z lekkim uśmiechem, jakby wiedział co chciała powiedzieć.
  - Wracam do domu. – Oświadczyła z dumą.
  - Na to właśnie czekałem. – Powiedział. – A więc żegnaj panno Annabelle.
Ta pomachała mu na pożegnanie i z radością pognała w stronę domu. Dopiero pod drzwiami uświadomiła sobie coś dziwnego. On znał jej imię, chociaż się nie przedstawiła.
  Później wiele razy próbowała go odszukać, ale nigdy jej się to nie udało.


 A oto mój rysunek Przedstawiający AnnabelleWyświetlanie 20141209_151452.jpg

niedziela, 30 listopada 2014

Epilog



Stałam przed dużym lustrem w sypialni Anki. Na sobie miałam przepiękną śnieżnobiałą suknię z koronkowymi elementami. Obróciłam się kilka razy żeby ocenić efekt.
  Wyglądałam idealnie.
  - Gotowa? – Usłyszałam głos przyjaciółki.
  - Gotowa. – Westchnęłam i przytuliłam ją.
  - Gratuluję ci kochana… - Łkała blondynka.
Ja również się rozkleiłam. W końcu nie codziennie wychodzi się za mąż.

                                        ***************

  Z zamkniętymi oczami i bukietem róż, mocno zaciśniętym w dłoni sunęłam do przodu. Słyszałam tylko stukot obcasów o posadzkę kościoła. Wujek trzymał mnie pod rękę i pomagał w nieprzewróceniu się. Gdy uświadomiłam sobie, że stoimy gwałtownie otworzyłam oczy. Zobaczyłam przed sobą twarz mojego narzeczonego. Był ubrany w przepiękny czarny garnitur. Uśmiechnęłam się i wypuściłam wujka z kurczowego uścisku. Po chwili wzięłam za rękę Juliana. Nigdy nie byłam tak szczęśliwa. Cieszyłam się, że ten dzień w końcu nastał, ale mimo to bałam się, że coś pójdzie nie tak.
 Po chwili z transu wyrwał mnie głos księdza. Uświadomiłam sobie, że tkwiłam w zadumie ponad pół godziny i przyszedł czas na przysięgę.
  - Czy ty…- Zająknął się starszy ksiądz i poprawił okulary.
Zaśmiałam się w duchu. Wiedziałam, że miał problem z odczytaniem nazwiska Juliana.
  - Julianie Higgins, (brzmiało to jakby powiedział Żulianie) bierzesz tę oto Marylę Kępińską za żonę, ślubujesz jej miłość, wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć was nie rozłączy?
  - Biorę. – Powiedział z uśmiechem Julian.
Wstrzymałam oddech. Zrobiło mi się gorąco.
  - Czy ty Marylo Kępińska bierzesz tego oto Juliana (Żuliana) Higginsa za męża, ślubujesz mu miłość wierność i uczciwość małżeńską dopóki śmierć was nie rozłączy?
 Ręce zaczęły gwałtownie mi się pocić.
Ale byłam pewna.
  - Tak.

                                     ****************************

Dwa lata później…

   Trzymałam na ręce maleńką, uśmiechniętą dziewczynkę. Była taka piękna, taka niewinna.
Jedynym problemem było to, że przypominała mi o nim. Tak, nie była sama. Zaszłam w bliźniaczą ciążę, ale z powodu komplikacji chłopiec nie przeżył. Ją ledwo udało się uratować. Nazwaliśmy ją Annabelle. Chłopiec miał mieć polskie imię, ale niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem.
 Ale damy sobie radę. Ja dam.
 Wychodziłam już z gorszych opresji.
************************************
 I oto epilog. Epilogi z natury są krótkie, z resztą tak jak ten. Mi też trochę smutno, że to już koniec, ale mówi się trudno. ;)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Rozdział 16. Na dobre i na złe

   Narracja 3-osobowa.

   Szli za ręce przez park. Ciemnowłosa dziewczyna miała oczy przewiązane zieloną chustką. Jej chłopak chciał pokazać jej coś naprawdę wyjątkowego. Uśmiechał się wesoło, chociaż ona nie mogła tego dostrzec spod ciemnozielonej zasłony. Od czasu do czasu przystawała i ze śmiechem pytała gdzie idą. Chłopak tylko przykładał palec do ust i prowadził ją dalej. Tak się cieszył, że są razem. Już dawno chciał jej to wyznać, ale nie miał odwagi. Na szczęście wszystko się ułożyło. Mimo wszystkich przeciwności byli szczęśliwi. Po kilku minutach zatrzymali się nad rzeką. Chłopak jednym, sprawnym ruchem ściągnął przepaskę z jej oczu.
  - Julian... To jest... - Zabrakło jej słów.- Piękne.
Nie mogła napatrzeć się na jesienny krajobraz, który się przed nią rozciągał. Pomarańczowo-żółte liście powiewały na wietrze, duże zachodzące słońce, które przypominało jej okrągłe jabłko prosto z sadu, sprawiało, że całe niebo przybrało delikatny różowy odcień. Zatopiła się w tym widoku nieświadoma, że to jeszcze nie koniec atrakcji.
  - Chodź, pokażę ci coś. - Powiedział z uśmiechem blondyn i złapał ją za rękę.
Poprowadził swoją dziewczynę na mały, drewniany pomost, przed którym dryfowała równie mała i równie drewniana łódka. Była przyozdobiona kwiatami białej lilii i dzikimi różami. Przygotował to wszystko dla niej. Chciał żeby była szczęśliwa. I tak już zbyt wiele wycierpiała z jego powodu.
  - Idziesz? - Z zadumy wyrwał go głos ciemnowłosej.
Była już na pokładzie.
  - Idę. - Uśmiechnął się i przysiadł obok niej tak, że stykali się ramionami. Wziął do ręki wiosła i już miał zacząć rejs, gdy ta zaczęła się upierać, że mu pomoże. Nie chciał jej wchodzić w drogę. Cieszył się, że jest całkowicie niezależna. I silna.
  Wiec tak wiosłowali. Ona jednym, a on drugim wiosłem. Delikatny, ciepły wietrzyk rozwiał jej ciemne loki. Zamknęła oczy i napawała się zapachem wczesnej jesieni. Gdy je otworzyła zobaczyła swojego ukochanego. Trzymał w ręce bukiet jej ulubionych pierwiosnków. Nie przypominała sobie, żeby mu o tym mówiła. Mimo to zaśmiała się i przyjęła bukiet.
  - Chciałbym ci coś powiedzieć. - Szepnął i chwycił ją za rękę.
  - Tak?
Po chwili milczenia wróciła do swojego poprzedniego zajęcia, którym było układanie płatków kwiatów na powierzchni wody. Za każdym razem gdy wykonywała tę czynność na tafli tworzyły się potrójne pierścienie.
 - Kocham cię. - Powiedział. - I chcę, żebyś o tym pamiętała.
 - Pamiętam. - Powiedziała i przygryzła dolną wargę. Jedna, drobna łza spłynęła po jej policzku.
  - Dlaczego płaczesz? - Zapytał z niepokojem.
Nie wiedział czy zrobił coś źle.
  - Ja po prostu... - Zaczęła. - Nigdy nie byłam tak szczęśliwa.
I rozpłakała się. Chłopak przytulił ją do siebie. Chciał żeby była bezpieczna i szczęśliwa. Nigdy nie wybaczyłby sobie gdyby coś jej się stało.
 - Dziękuję. - Szepnęła tak cicho, że chłopak jej nie usłyszał.
I pocałowali się. Wiedziała, że będzie z nim już zawsze.
 Na dobre i na złe.

****************************
 A więc kolejny, konkretnie przedostatni rozdział. Wiem. To straszne, ale co tu jeszcze pisać? Nic dodać, nic ująć. Wszystko dobrze się skończyło. :) A więc czekajcie na epilog.

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział 15. Powrót



    Zamurowało mnie. Nie mogłam uwierzyć w nic co działo się wokół mnie. Zaparło mi dech. Zaczęłam się krztusić, łzawiły mi oczy. Czułam, ze coś zaraz rozsadzi mnie od środka. To nie mogła być prawda. Marcelina nie mogła umrzeć. A najgorsze w tym wszystkim było to, że to wszystko była moja wina. Nie wiedziałam kiedy znalazłam się zalana łzami na chodniku. Nie zwracałam uwagi na Juliana, który chyba coś do mnie mówił. To wszystko było dla mnie za wiele. Za wiele. Ta cała mafia, Kennedy, a teraz jeszcze Marcelina. Nie miałam siły żyć. Chciałam tu i teraz palnąć sobie w głowę.
  - Maryla… -Doszedł do mnie lament Juliana.
Nie miałam siły, żeby się odzywać. Nie wstawałam, kiedy ciągnął mnie za rękę. Miałam wszystko gdzieś. Wszystko posypało się w jednej chwili.
Żal.
Ból.
Rozpacz.
  Wszystkie te uczucia kołatały się w mojej głowie, w moim ciele, w mojej duszy. Chciałam ich przeprosić. Marcelinę, Kennedy’iego, rodziców. Ale oni wszyscy nie żyli. Wszyscy, na których mi zależało.
  - Musimy iść. – Usłyszałam ściszony głos Juliana.
A on jednak żył. Ostatnia nadzieja, ostatni ratunek. Bez słowa podniosłam się z chodnika i oparłam o ramię chłopaka. Gdyby nie on na pewno bym się przewróciła. Nie wiem nawet kiedy wszystko zaczęło się rozmazywać, żeby w końcu zniknąć w nicości.

                                                              *************

  Ostre światło słoneczne przedostające się do pokoju przez małe okno oślepiło mnie. Zamrugałam kilka razy i przekręciłam się na bok. Zobaczyłam znajomą, damską sylwetkę. Ciocia.
   - Ciociu? To ty? –Zapytałam niepewnie.
Mój głos był niebezpiecznie zachrypnięty.
   - Tak. To ja. – Chlipała. – Tak się martwiliśmy.
Zastanawiałam się gdzie jestem. I co robiła tam ciocia.
   - Co się dzieje? – Zapytałam.
   - Może ja wyjaśnię. – Usłyszałam męski głos i odwróciłam się w jego stronę. Julian. Był tu.
    - Po śmierci…Marceliny… - Kontynuował. - …Zemdlałaś. Postanowiłem zawieźć cię do Polski.
   Nie wiedziałam co powiedzieć. Znów byłam w Polsce. Byłam jednocześnie zrozpaczona i szczęśliwa.
   - A co z …nią? – Zapytałam cicho i poczułam jak łzy zbierają mi się w kącikach oczu.
    - Pogrzeb odbył się wczoraj. – Westchnął Julian.- Nikt nas za to nie wini…
Odbył się? Jak to? Ile ja spałam?
   - Ile…
    - Trzy dni. – Odrzekł chłopak jakby czytając w moich myślach.
Westchnęłam głośno. Ale się porobiło.
    - Ciociu przepraszam… - Jęknęłam.
     - To nie twoja wina. Sytuacja tego wymagała. Rozumiem. – Powiedziała.
     - Ciociu, chciałabym porozmawiać z Julianem. – Powiedziałam.\
Ta przytaknęła i wyszła.
     - Już wszystko załatwione? – Zapytałam. – Ci z mafii nas nie szukają?
     - Nie martw się. Jesteśmy bezpieczni. – Uśmiechnął się blado.
  Chciałam w tamtej chwili wyznać mu co do niego czułam. W sumie to co miałam do stracenia?
  - Julian, przez to wszystko nie mieliśmy okazji tak naprawdę porozmawiać. – Westchnęłam.
  - Możesz mówić śmiało. – Dodał.
Policzyłam w myślach do dziesięciu.
  - Julian, ja… - Nie wiedziałam jak to powiedzieć. – Chyba cię kocham.
Wzruszyłam ramionami i zrobiłam głupia minę. Idiotka ze mnie. Co ja sobie myślałam?
Moje przemyślenia przerwał Julian. Przybliżył się do mnie i pocałował mnie. Tak po prostu. A ja się nie opierałam. Było mi dobrze. W końcu jakaś ucieczka od zmartwień, od problemów.
  Nareszcie był przy mnie ktoś, komu naprawdę na mnie zależało.
   - Ja ciebie chyba też. – Szepnął i jeszcze raz się pocałowaliśmy.

*******************
Rozdział dość krótki, bo doskwiera mi brak weny :(. Ale mam nadzieję, ze nie był aż taki zły…:)

środa, 12 listopada 2014

Rozdział 14. Nadzieja umiera ostatnia



Wlekłyśmy się uliczkami Liverpoolu. Z Marceliną było coraz gorzej. Nienawidziłam siebie. Bo to ja ją w to wplątałam. Maskowała ból i strach śmiejąc się, zakrywając ranę. Nie chciałam dłużej na to patrzeć. Nie miałyśmy pojęcia dokąd idziemy. Była noc, zero ludzi. To była żmudna robota, a Marcelina traciła coraz więcej krwi.
  - Daleko jeszcze do szpitala? – Zapytała po chwili przyjaciółka.
  - Nie, to już niedaleko. – Pocieszałam ją po raz kolejny. Tak naprawdę nie miałam pojęcia gdzie może być szpital.
Zastanawiałam się też, gdzie jest Julian, co robi, czy na szuka? Chyba po prostu tęskniłam. Po kilku godzinach, gdy Marcelina była blada jak śmierć zaczęłam mniej więcej rozpoznawać okolicę. Gdzieś niedaleko powinien być dom Kennedy’iego. Zaczęłam szybciej ciągnąć przyjaciółkę, w kierunku, który wydawał mi się właściwy.
  - Auu…- Jęknęła.
  - Przepraszam. – Szepnęłam i trochę zwolniłam.
Po kilku minutach przed naszymi oczami ukazał się dom zmarłego przyjaciela.
  - Jesteśmy. – Poinformowałam przyjaciółkę, która zgięta wpół przyglądała się ranie.
  - Cudownie.
Doszłyśmy do drzwi. Były otwarte. Zaciągnęłam przyjaciółkę do kuchni. Mimo zgaszonego światła nie miałam problemu z odróżnieniem sylwetki… Juliana!
  - Julian! – Krzyknęłam i podbiegłam do niego.
Marcelina pozbawiona mojego oparcia zatoczyła się i prawie upadła. Blondyn poderwał się z krzesła i przytulił mnie.
  - Nie ma czasu! – Wrzasnęłam. –Marcelina!
Julian natychmiast podszedł do czarnowłosej i podtrzymał ją.
  - Jedziemy do szpitala.- Powiedział Julian i zaczął iść do samochodu.
 Bezwiednie potruchtałam za nimi. Modliłam się tylko żeby Marcelina przeżyła. Usadowiłam się na przednim siedzeniu obok Juliana. Wzięłam głęboki oddech. Po chwili poczułam, że ktoś dotyka mojej ręki. To Julian. Jego ręka była taka zimna.
  - Będzie dobrze. – Powiedział.
Uśmiechnęłam się blado. Julian odpalił silnik i ruszył.
   - Szukałeś nas?- Zapytałam po chwili.
   - Oczywiście. – Odpowiedział smutno. – Powysyłałem policję wszędzie. Szukałem też na własną rękę, ale nigdzie nie mogłem was znaleźć.
   - A Kennedy…? –Zaczęłam, ale Julian mi przerwał.
   - Widziałem go. – Westchnął i potarł ręką twarz. – To moja wina. Ja was wszystkich w to wplątałem.
   - Nie obwiniaj się. – Powiedziałam smutno. Wiedziałam, że to co mówiłam wcale mu nie pomagała, ale jak to mówią: ,,Nadzieja umiera ostatnia”.
   - Jak to się stało? – Zmienił temat, a ręce zaczęły mu się trząść. Tak bardzo chciałam mu pomóc. Wiedziałam jak to wszystko go przytłaczało.
   - Zadzwonił dzwonek, Kennedy myślał, że to ty i …- Zacięłam się. Na wspomnienie tamtej chwili chciało mi się płakać.
   - Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz. – Powiedział Julian.
   - Powiem. – Wzięłam oddech i zaczęłam opowiadać.
Powiedziałam Julianowi, o tym jak zabili Kennedy’iego, jak zawieźli nas do tamtej piwnicy, jak próbowałyśmy uciec, jak Max postrzelił Marcelinę. Pod koniec opowieści po prostu się rozpłakałam. To wszystko było dla mnie za wiele. Nawet w najgorszym koszmarze, nie dzieję się takie rzeczy. Nie mogłam znieść myśli, że tyle osób przeze mnie cierpiało. Pomyślałam o cioci i tych jej znajomych u których mieszkałam. Od mojego wyjazdu nie miałam z nimi kontaktu. Pewnie już dawno mnie pochowali. Szybko odgoniłam zbędne myśli i znów zwróciłam się do Juliana.
  - Daleko jeszcze ten szpital? – Zapytałam beznamiętnie.
  - Nie, już za chwilę będziemy. – Powiedział Julian i uśmiechnął się blado.
  - To dobrze.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że Marcelina bardzo ciężko oddychała. Nie odezwałam się do niej. Nie chciałam męczyć jej zbędnym wysiłkiem, takim jak mówienie. Spojrzałam za okno. Panowała prawie zupełna ciemność. Mijane przez nas drzewa błyskawicznie znikały w tyle. Uświadomiłam sobie, że Julian jedzie sto sześćdziesiąt na godzinę. Na szczęście ulica byłą prawie zupełnie pusta. 
  - Dziękuję. – Powiedziałam smutno.
   - To nie moja zasługa. – Westchnął Julian. – Gdybyście w porę nie przyszły Marcelina mogłaby już nie żyć.
  Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się pod budynkiem szpitala miejskiego. Szybko wygramoliłam się z samochodu. Na zewnątrz panował niesamowity mróz. Mój oddech zamienił się w białą mgiełkę. Nawet nie zauważyłam kiedy Julian okrył mnie swoją kurtką. Odwróciłam się, by zobaczyć, czy pomógł już wysiąść Marcelinie. Ale on stał wpatrzony w nią jak wryty.
  - O co chodzi? – Zapytałam.
Byłam przerażona. O co mogło mu chodzić?
  - Nie żyje.
*********************
 A oto prezentuję wam pomysł Violetty, który poddała mi w jednym z komentarzy. ;)

środa, 5 listopada 2014

Rozdział 13. Ucieczka



   Od wczoraj nie spuścili z nas oczu, więc nie było mowy o ucieczce. Od wczoraj nie usłyszałam już o Julianie. Nie miałam pojęcia czy nas szukał, czy może po prostu wezwał policję. Nie miałam pojęcia jak zareagował na widok martwego Kennedy’iego. Cały czas siedział z nami jego morderca – Max. Prawie się nie odzywał. Od czasu do czasu zapalał papierosa, układał pasjansa. Miałam całą noc żeby mu się przyjrzeć. Wyglądał bardzo poczciwie. Miał pogodne rysy twarzy, chodził w szarym kaszkiecie. Nie mogłam przez to rozpoznać koloru jego włosów. Oczy były błękitne, zatroskane. Na sobie nosił brązową, skórzaną kurtkę, materiałowe spodnie i czarne kozaki. Nie wyglądał na mordercę. Zastanawiałam się jak ktoś, kto wygląda na tak dobrodusznego mógłby zrobić coś takiego. Ci dwaj pozostali- których imion nie było mi dane poznać wyglądali zupełnie inaczej. Mieli ogolone głowy, często chodzili w kominiarkach. Byli z natury groźni, zabójczy. Widząc właśnie takich ludzi na ulicy przechodzą nas dreszcze, a serce przyspiesza. Nie wyglądali na osoby z uczuciami. Raczej na zimnych morderców. Tak to dobre określenie. A Max? Zwykły, niegroźny mężczyzna w średnim wieku. Ale to tylko pozory.
   A ta piwnica? Obskurna, cuchnąca stęchlizną nora, bez kaloryferów, z jednym, jedynym oknem. Oknem, które być może będzie naszym zbawieniem. Oknem, przez które być może ledwo się przedostaniemy. Bo było bardzo małe. I brudne. Nie było przez nie widać słońca, a kit był częściowo poobrywany, a częściowo wystawał poza framugę. Wszędzie biegały szczury i karaluchy. Starałam się nie przejmować tym zbytnio i skupić na ucieczce. Przez całą dobę miałam czas by wstępnie ją opracować. Jest kilka scenariuszy. Jeżeli wszyscy wyszliby chociaż na chwilę nie byłoby kłopotu. Nie byłoby gdybyśmy nie siedziały związane. Musiałam jakoś zdobyć nóż, albo chociaż kawałek szkła. Ale to wcale nie było proste. Bo Max patrzył. Zawsze, choćby kątem oka. Częściej na mnie. Być może wiedział, że coś kombinuję, ale póki co milczał. A Marcelina? Siedem nieszczęść. Dawniej –Zabawna, szalona, spontaniczna, dzisiaj – załamana, rozbita, zapłakana. Czy właśnie o to im chodziło? Chcieli załatwić psychicznie Bogu ducha winną dziewczynę. Nawet nie uczestniczyła w tej całej farsie. Po prostu chciała pomóc. Mi, Julianowi. I co? Jak skończyła? Przetrzymywana o samej wodzie w starej ruderze, ze świadomością, że ktoś na kim jej zależało nie żyje. To jej było mi najbardziej szkoda. Nie mówiłam jej jeszcze nic o planie, bo jak już mówiłam –Max patrzył. Po chwili skupiłam się na sobie. Od ,,wizyty” nie odezwałam się ani razu, nie wyraziłam żadnych emocji. Ciekawe jak Marcelina to odebrała? Że jestem bezuczuciowym, bezdusznym potworem? Możliwe. I to bardzo. Ale jedyne co mogłam zrobić to utrzymać ją przy życiu i pomóc się wydostać z tego piekła.
  Po chwili przestałam tak intensywnie myśleć i zauważyłam, że jestem głodna. Nie jadłam nic od wczorajszego ranka. Skoro miałam tam siedzieć musieli dawać mi coś do jedzenia.
  - I’m hungry. – Syknęłam.
  - And? – Zakpił Max i parsknął śmiechem.
  - Shit. – Burknęłam wściekle i zaczęłam się szarpać
   - Ok… - Powiedział przeciągle Max i zaczął nucić coś pod nosem.
Wstał i zajrzał do jednej z szafek. Gdy się schylał zauważyłam przy jego pasie nóż. Musiałam go zdobyć. Po chwili Max wstał. Trzymał w ręce bochenek ciemnego chleba. Rzucił mi go na kolana.
  - Eat. – Powiedział szorstkim głosem.
Chrząknęłam znacząco żeby podkreślić, że mam niewładne ręce. Ten niepewnie rozciął taśmę nożem i z powrotem schował go za pas. Przejechałam dwoma palcami po skórce. Chleb nie był świeży, ale też niezbyt czerstwy. Przedarłam go na dwie części. Jedną podałam Marcelinie, a drugą zaczęłam jeść sama. W tamtym momencie w mojej głowie zrodził się pomysł. Wystarczyło zwabić do siebie Maxa, a potem dyskretnie pozbawić go noża. Postanowiłam na razie się nie spieszyć. W spokoju zjadłam chleb. Czas zaczynać.
- I’d like some water. – Oznajmiłam.
- Shut up. – Warknął Max.
  - Please, I’m thirsty. – Powiedziałam
   Max wywrócił oczami i sięgnął po butelkę wody. Zaczął przerzucać ją z ręki do ręki. Żeby mnie zdenerwować. Jasne. Po chwili przestał to robić i przykucnął żeby podać mi wodę. Wyciągnął rękę. To była moja jedyna szansa.
    - And your friend… - Zaczął, ale ja byłam szybsza.
Gwałtownie wyrwałam mu nóż i z całej siły wbiłam w ramię. Nie chciałam go zabić. Tylko mocno zranić. Gdy Max zwijał się z bólu ja uwalniałam swoje nogi. To samo zrobiłam z Marceliną. Pomogłam jej wstać i ruszyłam do okna. Musiałam zdążyć przed powrotem pozostałych. Okno dawno nie było otwierane więc musiałam podważyć je nożem żeby ustąpiło. Gdy do pomieszczenia dostało się świeże powietrze zaczęłam je łapczywie wdychać.
  - Maryla! Idziemy! –Usłyszałam głos przyjaciółki, który wyrwał mnie z transu. Po chwili byłam już na zewnątrz. Gdy Marcelina była już w połowie drogi usłyszałam huk wystrzału. I krzyk przyjaciółki.
  - Marcelina! Nic ci nie jest?! –Wykrzyczałam z przerażeniem.
  - Nie. Nic.- Wydyszała Marcelina. – Dostałam w bok.
Chciało mi się płakać, gdy patrzyłam jak cierpi. Mimo wszystko zachowałam zimną krew i pomogłam jej się wydostać. Trzymała się za bok, a spomiędzy palców wyciekała krew. Zanim zaczęłyśmy uciekać zobaczyłam jeszcze Maxa. Trzymał pistolet leżąc na podłodze w kałuży krwi. Chciał zabić Marcelinę…
  Tak. Pozory mylą.
**************************
 Rozdział wcześniej niż się spodziewałam, ale to chyba nawet lepiej. ;) Dużo w nim opisów i jeszcze więcej akcji. Mam nadzieję, że się podobał.

wtorek, 4 listopada 2014

Rozdział 12. Porwanie



   Do mieszkania wkroczyło trzech uzbrojonych po zęby mafiosów. Miałam wrażenie, że serce mi stoi, że przestało pompować krew do mózgu. Marcelina była cała blada. Po chwili jeden z nich złapał Kennedy’iego za koszulkę i zaczął po angielsku pytać ,,Gdzie jest ten czwarty?!” Mówiąc to spoglądał na mnie i Marcelinę.
   - I don’t know. – Jęczał Kennedy. Mafioso złapał go za gardło.
   - Well… - Zaczął i cisnął Kennedy’m o podłogę. Chłopak krzyknął z bólu, a z ust Marceliny wyrwał się stłumiony jęk. Jeden z mężczyzn podszedł do niej i złapał ją za włosy.
   - Puszczaj! – Piszczała.
Kompletnie mnie zamurowało. Nie wiedziałam co robić. Później wszystko działo się tak szybko. Kennedy poderwał się z podłogi i ruszył w stronę oprawcy Marceliny. Próbował ją uratować, zaczął szarpać mężczyznę. Później ten trzeci, który do tej pory tylko stał wyciągnął pistolet, podszedł do Kennedy’iego i strzelił mu w głowę.

                                          ****************

  Marcelina wyła, krzyczała i płakała patrząc na ciało przyjaciela, który właśnie tracił resztki krwi. A ja tylko stałam. Stałam jak wryta i patrzyłam na wszystko jak na niewiarygodny film. Na film, w którym jeden z głównych, najbardziej lubianych bohaterów umiera. Ale w filmach jest inaczej. Mimo wszystko wiesz, że aktorowi tak naprawdę nic nie jest, że krew była tylko farbą, że to wszystko dla uciechy widzów. A wtedy? Wtedy patrzyłam jak ktoś tak miły, tak zabawny, ktoś kto tyle dla nas zrobił wykrwawia się na podłodze. Jeden z mężczyzn zdawał się mówić- ,,Do samochodu”. Ale nie byłam pewna. Dzwonienie w uszach tłumiło większość dźwięków. Po chwili poczułam mocne szarpnięcie i uświadomiłam sobie, że wloką nas klatką schodową na dół. I co zrobią? Zabiją nas? Pewnie tak. Nigdy nie pomyślałabym, że żądza zemsty może być aż tak silna. Mimo wszystko nie próbowałam się opierać. Wiedziałam, że to nic nie da. Za to Marcelina wpadła w istny amok. Szarpała się, krzyczała, kopała. A ja nie miałam już siły. To wszystko cholernie mnie przerosło. Ale nie próbowałam się uwolnić, uciec. Nie robiłam nic gdy pakowali nas do samochodu, gdy wieźli niewiadomo gdzie. Zastanawiałam się tylko czy Julian już wrócił. Czy zobaczył ciało Kennedy’iego, czy domyślił się, co zaszło. Czy będzie próbował nas znaleźć. Wtedy mnie olśniło. Oni właśnie po to nas porwali. Bo wiedzieli, że Julian będzie nas szukał.

                    
                                          *******************


  Zostałyśmy związane i zakneblowane. Siedziałyśmy pod ścianą w jakiejś obskurnej piwnicy i przyglądałyśmy się jak porywacze rozmawiają. Chyba o Julianie. Nie wiedziałam. Nie miałam głowy do tłumaczenia tego na polski. A Marcelina płakała. Już od piętnastu minut. Nie dziwiłam jej się. Dziwiłam się sobie, że ja jeszcze nie pękłam. Najgorsza była wtedy świadomość, że to ja wpakowałam w to przyjaciółkę. Po chwili do Marceliny podszedł jeden z nich.
   - Shut up! – Krzyknął i dał Marcelinie w twarz.
W tedy ta jeszcze bardziej zalała się łzami. Ten machnął ręką i wrócił do kolegów. Postanowiłam dokładniej przysłuchać się ich rozmowie. Z trudem tłumaczyłam ją na rodzimy język.
   - Myślicie, że przyjdzie?
   - Na pewno. Zauważy zniknięcie tych panienek i od razu ruszy ich śladem.
   - Racja, ale może nie powinniśmy zostawić ciała.
   - Chciałeś nieść trupa przez ulicę?!
  - Zamknijcie się, bo jeszcze te dwie czegoś się domyślą. Musimy czekać na królewicza i tyle.
  - Ile mam tutaj wytrzymać?
  - Cierpliwość jest cnotą, Max. – Dokończył jeden z nich i szturchnał ,,Maxa” w bok.
   Z całej rozmowy nie dowiedziałam się niczego czego wcześniej już bym nie wiedziała. Nie miałam pojęcia czy wyjdziemy z tego cało, ale jedynym sposobem, żeby nie narażać Juliana była samodzielna próba ucieczki. Wiedziałam tylko, że trzeba będzie poczekać aż zostawią nas same. Zauważyłam naprzeciwko nas niewielkie okno, którym można byłoby się przedostać. Ale przede mną, tak, przede mną, bo na Marcelinę nie mogłam wtedy liczyć, pozostał jeszcze największy problem. Obie miałyśmy związane obie ręce i nogi.
***************************************
Rozdział niezbyt długi, ale wyprodukowałam się na całego, żeby go napisać, więc mam nadzieję, że wam się podobał. :)

poniedziałek, 27 października 2014

Rozdział 11. Wizyta



  - Zazdrosna? – Zapytał po chwili Julian i uśmiechnął się szelmowsko.
Zakryłam twarz dłońmi żeby ukryć, że znów się rumienię. Skąd wiedział? Nikt nie jest aż tak przewidujący. Nie do tego stopnia.
   - Chciałbyś, co? – Zapytałam łamiącym głosem. No to po mnie.
Nagle Julian znalazł się tuż przy mnie. Odsunął moje ręce od twarzy. Był tak blisko, że niemal czułam bijące od niego ciepło. Chłopak ujął moją twarz w dłonie i złożył na ustach namiętny pocałunek. Nie próbowałam się opierać. Nie chciałam. Po chwili objęłam go za szyję. Czułam się cudownie z myślą, że chłopak, na którym od początku mi zależało też coś do mnie czuł. Powoli odpływałam.
   - To znowu ja, zapomniałam…- Usłyszałam głos Marceliny dobiegający od strony drzwi. Momentalnie oderwałam się od Juliana i z hukiem wylądowałam na podłodze.
   - Mmmm…Widzę, że nie próżnujecie. – Zaśmiała się czarnowłosa. – Nie ma mnie trzy minuty, a wy już zdążyliście…
   - Po co przyszłaś? – Warknęłam podnosząc się z podłogi.
Miałam jej za złe, że zepsuła mi mój pierwszy pocałunek od trzech lat. I w dodatku z kimś na kim na kim naprawdę mi zależało.
   - Rozpadało się, więc wróciłam po parasol. – Zachichotała Marcelina, sięgnęła po pożądany przedmiot i szybkim krokiem nas opuściła.
   - Przepraszam. – Powiedziałam próbując ukryć zakłopotanie. Bałam się co mógł sobie o mnie pomyśleć.
   - Nie ma sprawy. Nie twoja wina. – Uśmiechnął się.
   - To ja…-Próbowałam wymyślić coś w miarę sensownego. – Pójdę już spać.
   - Dobranoc. – Usłyszałam jeszcze gdy kierowałam się w stronę schodów.
Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do pokoju raz, dwa wzięłam prysznic, umyłam zęby, przebrałam się w piżamę i wylądowałam na łóżku. Moje było trochę mniejsze niż to Marceliny. Posiadało zieloną pościel w żółtą kratę, która pachniała proszkiem do prania. Kennedy musiał wcześniej wiedzieć, że przyjedziemy skoro zdążył nawet uprać pościel. Nie zastanawiając się dłużej zamknęłam oczy. Jednak sen nie nadchodził. Próbowałam nie myśleć o mafii, o pocałunku, o tym wszystkim. Jednak wszystkie te myśli kotłowały mi się w głowie. Gdy dostrzegłam zegarek z godzina drugą w nocy uświadomiłam sobie, że Marcelina już przyszła. Czyli musiałam jednak przysnąć. Przez kolejne kilkanaście minut wiłam się bez celu w łóżku. W końcu postanowiłam zejść na dół. Mijając Marcelinę ledwie powstrzymywałam się przed uduszeniem jej. Zeszłam na dół i zauwazyłam Juliana i Kennedy’iego siedzących przy stole.
  - O co ci chodzi? – Zapytał Julian.
  - Musicie już jechać.
   - Czemu? Nie chcesz nas?
   - Nie o to chodzi. – Westchnął Kennedy.
   - Więc?
   - Jeżeli ci z mafii rzeczywiście was tropią to na pewno już wiedzą, że tu jesteście.
   - Myślisz?
    - Tak. Nie możesz ich narażać.
    - Dobra, jutro po południu nas nie ma. – Powiedział Julian i wstał.
Pędem, żeby Julian mnie nie zobaczył wbiegłam na piętro. Czyli już wiedzą. Wiedzą gdzie jesteśmy. Nerwowo potarłam czoło ręką. Było całe spocone. Do rana nie mogłam spać, więc kręciłam się po pokoju i od czasu do czasu spoglądałam na śpiącą Marcelinę. Siadałam, wstawałam, siadałam, wstawałam i tak w kółko. Cały czas myślałam o tym wszystkim. Ta sprawa z każdą chwilą stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Gdy na zegarku ukazała się godzina piąta zbiegłam na dół. Nikt jeszcze nie wstał. W domu panowała cisza. Po chwili przypomniałam sobie kolejne wstrząsające wydarzenie. Wczoraj całowałam się z Julianem! Zaczynam nerwowo kręcić się w kółko. O czym myślał robiąc to? Że mnie kocha, że chce ze mną być? Nie miałam pojęcia. Stresował mnie fakt co będzie dzisiaj. Czy będzie zachowywał się jakby to się nie stało, czy może… Nie! Nie ma czasu na związki. Szybko odgoniłam od siebie te myśli i wróciłam do chodzenia po kuchni. Szósta, siódma, ósma, wciąż wszyscy spali. W końcu usiadłam zrezygnowana i podparłam się na ręce. Po niedługim czasie zmożył mnie sen.

                                    ******************

  - Mary! – Usłyszałam krzyk Marceliny i gwałtownie poderwałam się z krzesła.
   - Co? – Zapytałam uspokajając się powoli.
  - Kennedy zrobił śniadanie. – Oświadczyła i włożyła do ust kanapkę z roztopionym serem żółtym na wierzchu.
Po chwili ja również raczyłam się śniadaniem. Kanapki przygotowane przez Kennedy’iego były zarazem pikantne i słodkawe. Mimo wszystko tworzyły ciekawą kompozycję.
  - Gdzie Julian?- Zapytałam po chwili.
  - Poszedł do sklepu. – Odrzekł beztrosko Kennedy.
Po chwili odezwał się dzwonek do drzwi.
  - Widzisz? To pewnie on. – Dodał i podszedł do drzwi.
Zanim zdążył otworzyć, drzwi wylądowały obok popchnięte czyimś kozakiem. Kennedy upadł na podłogę. Machinalnie poderwałam się z krzesła i wtedy zauważyłam kto wszedł do mieszkania. Zamarłam.
***********************************************
I co? Podobało się? Wreszcie rozpoczyna się akcja ;)

wtorek, 21 października 2014

Rozdział 10. Kennedy



    Jechaliśmy już około pięciu godzin. Nie miałam zielonego pojęcia dokąd. Marcelina zasnęła, a Julian w skupieniu prowadził samochód. Nie miałam śmiałości się do niego odezwać. Cała ta sytuacja mnie przytłaczała. Mimo to starałam się nie myśleć o cioci, która na pewno dowiedziała się już o mojej nieobecności. Starałam się ignorować częste wibracje telefonu i świadomość tego co robimy. Marcelina zdawała się na spokojnie przyjmować tę ucieczkę, mafię. Zachowywała się jakby to była niesamowita przygoda. Coś było nie tak.
    - Julian, dokąd jedziemy? – Zdobyłam się w końcu by zadać pytanie.
    - Do Liverpoolu. – Odpowiedział spokojnie. – To bardzo daleko, więc mam nadzieję, że nas nie znajdą.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Chłopak odwzajemnił gest i wrócił do kierowania.
   - A dokładniej?- Dopytywałam się.
    - Do mojego przyjaciela Kennedy’iego. Mieszka tam od czterech lat. – Sprecyzował.
Postanowiłam więcej się nie odzywać. Nie miałam siły ani ochoty. Czy ten cały Kennedy przyjmie nas mimo tego, że być może ściga nas mafia? Nie wiedziałam.

                                    ****************

    Kennedy okazał się zabawnym brunetem o ciemnych oczach, w wieku Juliana. Przywitał nas z otwartymi ramionami szczerze śmiejąc się z tego co nam się przytrafiło. Sami optymiści! Nie dość, ze Marcelina traktowała to jak błahostkę to teraz jeszcze on!
    - Hello, pritty women. – Zaczął brunet obejmując nas ramionami.
    - Kennedy, one są Polkami…- Oznajmił Julian i zaczął wyciągać nasze rzeczy z bagażnika.
     - Najmocniej przepraszam. – Powiedział Kennedy i uśmiechnął się. Był nawet przystojny, ale na mnie nie zrobił wrażenia. Za to Marcelina była wpatrzona w niego jak w obrazek.
     - Jestem Maryla, a to moja przyjaciółka Marcelina. – Przywitałam się i wyciągnęłam rękę. Ten jednak bez namysłu mnie uściskał. Moją przyjaciółkę również.
     - Jestem Kennedy i wiecie co?- Zadał pytanie retoryczne. – Nieźle sobie nagrabiliście. Mafia narkotykowa? Nigdy nie spodziewałbym się tego po tobie ,, książę”. – Dokończył zwracając się do Juliana.
     - Prosiłem cię tysiące razy żebyś się tak do mnie nie zwracał.- Warknął blondyn i wszedł do domu.
     - O co chodzi? – Zapytałam. Ciekawiło mnie dlaczego Julian miałby być ,,księciem”.
      - Bo pan idealny ma królewskie korzenie. – Powiedział chłopak i zaśmiał się.
      - Dziesiąta woda po kisielu! – Usłyszeliśmy krzyk Juliana.
Ja również wybuchłam śmiechem. Julian księciem. Nie spodziewałam się tego.
      - No to zapraszam panie na górę. – Powiedział Kennedy i wskazał długie, kręte schody prowadzące na górę. – Pierwsze drzwi na prawo.
Razem z Marceliną pokierowałyśmy się w tamtą stronę. Nasz pokój był duży i gustownie urządzony. Posiadał dwa dość duże łóżka, komodę, dwie szafy, stolik i  osobną łazienkę.
Ten cały Kennedy musiał być naprawdę bogaty. Zanim się obejrzałam Marcelina rzuciła się na łóżko z czerwoną pościelą.
     - Nie sądzisz, że on jest uroczy? – Zapytała przyjaciółka.
Wzruszyłam ramionami. Jedyną myślą, która mnie pocieszała było to, że Marcelina przynajmniej nie flirtuje z Julianem. Niech bierze sobie tego Kennedy’iego. On akurat mnie nie interesował.
    - No Mary…Przyznaj chociaż, że Julian ci się podoba. – Rozkazała przyjaciółka i zaczęła podrzucać poduszkę.
Zatkało mnie, a moja twarz automatycznie oblała się rumieńcem. Na swoje szczęście stałam do niej odwrócona.
    - Nie mów do mnie Mary.-Starałam się zmienić temat.
    - Nie odwracaj kota ogonem. – Prychnęła.
    - Przestań. – Warknęłam, a Marcelina rzuciła we mnie poduszką. Oddałam jej z całej siły. Ta udając, że umiera stoczyła się na podłogę. Parsknęłam śmiechem i stanęłam w drzwiach.
   - Przyjdź do nas jak wydoroślejesz. – Powiedziałam z uśmiechem i zeszłam na dół.
Julian i Kennedy siedzieli przy stole rozmawiając.
   - Cześć. – Przywitał się cicho Julian gdy mnie zobaczył.
   - He… - Urwałam, bo znów zaczął mówić.
   - Gdzie Marcelina?
No jasne. Marcelina i Marcelina. Skoro tak ją lubił czemu się z nią nie umówił?  Niech sam po nią idzie jak tak zależy mu na jej obecności.
   - Zamknij się. Nie widzisz, że rozmawiamy? – Powiedział Julian i szturchnął Kennedy’iego. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że to on zapytał o moją przyjaciółkę. Naprawdę byłam przewrażliwiona. I chyba zazdrosna.
   - Ehm… - Odchrząknęłam. – Już idzie. Marcelina!
Po chwili obok nas zjawiła się czarnowłosa we własnej osobie.
   - Co robicie? – Zapytała i niby przez przypadek nachyliła się nad Kennedy’m.
   - Tak właściwie to nic, ale może… - Zaczął brunet i podrapał się w tył głowy. Tak. Był zakłopotany. Mężczyźni zawsze tak robią gdy chcą zaprosić dziewczynę na randkę.
   - Może poszlibyśmy…- Nie dokończył, bo Marcelina pisnęła jakieś krótkie ,,jasne” i wyciągnęła go z mieszkania.
   - Zazdrosna? – Zapytał po chwili Julian i uśmiechnął się szelmowsko.
Zakryłam twarz dłońmi żeby ukryć, że znów się rumienię. Skąd wiedział? Nikt nie jest aż tak przewidujący. Nie do tego stopnia.
   - Chciałbyś, co? – Zapytałam łamiącym głosem. No to po mnie.
Nagle Julian znalazł się tuż przy mnie. Odsunął moje ręce od twarzy. Był tak blisko, że niemal czułam bijące od niego ciepło.
****************************************
 Nie zabijajcie za końcówkę ;)


  

czwartek, 16 października 2014

Rozdział 9. Ucieczka



    - Julian, nie! – Wrzasnęłam – Ja mam WSTRZĄS MÓZGU. – Dokończyłam akcentując ostatnie dwa wyrazy.
   - Tu chodzi o mafię. – Wyszeptał Julian. – Chodzi o twoje bezpieczeństwo
Wcale tego nie chciałam. Gdybym mogła przewidzieć, że tak to się skończy, nigdy nie angażowałabym się w znajomość z Julianem.
   - Gdzie niby mielibyśmy uciec i kiedy? – Zapytałam.
   - Nie mam pojęcia. Może do Liverpoolu, albo w ogóle jakiegoś innego kraju. Co do czasu… Może nawet dzisiaj. – Oświadczył.
   - Kiedy??? Czego nie zrozumiałeś w pojęciu ,,Wstrząs mózgu”? – Zapytałam oburzona.
Co on sobie myślał? Że pojadę z nim w nieznane, chociaż mam ciężki uraz, a w dodatku w ogóle go nie znam?
    - Posłuchaj Marylo…- Zaczął. – Musisz wypisać się na własne życzenie. Oni mogą już w tej chwili być na naszym tropie.
Przestraszyłam się nie na żarty. Gdyby ktoś jeszcze tydzień temu oświadczył mi, że będę uciekać przed mafią narkotykową, wyśmiałabym go.
   - Nie wiem. – Powiedziałam.
   - Zrób to. Inaczej możesz nas wplątać w ogromne tarapaty. – Powiedział i ruszył w stronę wyjścia. Minął się z lekarzem.
    - Dzień dobry pani… - Zaczął i spojrzał na kartkę w swoim notesie. - …Kępińska. Ja się pani czu…
    - Chcę się wypisać.- Oświadczyłam twardym tonem. – Na własne życzenie.


                                                ***************

   Spakowałam wszystkie rzeczy do torby i szybkim krokiem wyszłam ze szpitala. Czekał tam na mnie Julian. Skąd mógł wiedzieć, że to zrobię? Nieważne. Teraz, skoro już się wypisałam najważniejsze jest to, żeby jak najszybciej uciec.
   - Wiedziałem, że przyjdziesz. – Uśmiechnął się.
   - Jak przez ciebie trafię na OIOM to obiecuję, że wytoczę ci proces.  –Zagroziłam.
   - Nie martw się. Stoi przed tobą przyszły lekarz, który dobrze wie co robić.
Szturchnęła  go w ramie i zaczęłam iść przed siebie.
   - Wiesz w ogóle dokąd idziesz? – Zapytał
   - Nie.
    - Najpierw idź do domu i spakuj tylko najpotrzebniejsze rzeczy. I nikt ma cię nie widzieć. Przyjadę po ciebie o piątej. – Instruował.
    - Dobra. – Odparłam i zaczęłam truchtać w stronę domu. Ucieszyłam się, że domowników jeszcze nie ma i, że będę mogła załatwić wszystko szybko i sprawnie. Miałam mieszane uczucia co do tego wyjazdu, ale wiedziałam, że to zło konieczne. Zaczęłam pakować do jednej z moich najbardziej pojemnych torebek potrzebne przedmioty takie jak telefon, pieniądze, szczoteczka do zębów czy ubrania. Gdy byłam gotowa spojrzałam na zegarek i uświadomiłam sobie, że do piątej zostało niecałe pół godziny. Szybko zadzwoniłam do Marceliny.
    - Co tam Mary? –Zapytała przyjaciółka.
    - Prosiłam cię, żebyś tak do mnie nie mówiła. – Zaczęłam. – I jeszcze jedno…
Zawahałam się. Czułam się jak wtedy, kiedy musiałam powiedzieć Ance o wyjeździe do Londynu. Postanowiłam powiedzieć Marcelinie całą prawdę.
     - Co takiego? – Zapytała.
      - Zadarliśmy z mafią i musimy uciekać. Ja i Julian. – Opowiedziałam w skrócie. Bałam się, że zareaguje podobnie jak Anka.
    - Wow. – Usłyszałam przyjaciółkę. – To zabieram się z wami.
    - Nie możesz. To zbyt niebezpieczne.- Zaprotestowałam
     - Niebezpieczne? Chyba dla ciebie. – Odrzekła ze stoickim spokojem Marcelina. Tak jakby ucieczka przed mafią była dla niej czymś naturalnym.
Chyba będę musiała się zgodzić. W końcu była moją najlepszą przyjaciółką. Z nią byłoby mi raźniej. Poza tym jeżeli wszystko pójdzie dobrze nic nam nie będzie.
    - Dobra. Pakuj się i pędem do mojego domu. – Rozkazałam, a Marcelina się rozłączyła. Wrzuciłam telefon do torebki i położyłam się na łóżku. Tak. Nigdy bym się tego nie spodziewała.


                                           *****************

   Julian przyjechał pod mój dom czarnym peugeotem. Zdziwił się na widok Marceliny stojącej obok mnie.
    - A ta pani co tu robi? –Zapytał
    - Ona jedzie z nami. – Oświadczyłam.
    - Nie ma takiej opcji. – Powiedział Julian i zaczął pakować moja torebkę na tylne siedzenie.
    - Posłuchaj blondasku, nie ma nawet takiej opcji żebym nie jechała. Maryla to moja najlepsza przyjaciółka i nie zabierze mi jej żaden napalony Anglik. – Oświadczyła cały czas pełna spokoju Marcelina i wsiadła do auta. Julian się zaśmiał.
   - Chyba polubię twoją koleżankę. – Powiedział.
Wtedy poczułam ukłucie zazdrości. Julian polubi Marcelinę. Co prawda nie był moim chłopkiem, ale czułam do niego coś więcej. Możliwość, że mógłby polubić jakąś inną dziewczynę wydawała mi się nie do pomyślenia. Ale w tedy nie było czasu na przemyślenia. Szybko usiadłam z tyłu obok przyjaciółki i przygotowałam na największą ,,przygodę” swojego całego życia.

******************************
Długo nie pisałam, ale oto i kolejny rozdział J Podziękujcie Tini. :D

czwartek, 9 października 2014

Rozdział 8. Mafia

 Szliśmy z Julianem pod rękę w stronę mojego domu.
  - Nie musisz mnie odprowadzać. - Powiedziałam.
  - Ale chcę. - Uśmiechnął się. - A poza tym muszę ci coś pokazać.
Po chwili doszliśmy na parking.
  - Chcesz mi pokazać samochód?- Zapytałam pewna siebie.
  - Nie. - Odpowiedział z satysfakcją.
Byłam szczerze zdziwiona. Co chciał mi pokazać na parkingu, jak nie samochód? Po chwili doszliśmy do dużego czarnego motoru.
   - Motor. Wiedziałam. - Skłamałam, bo w ogóle nie przyszła mi do głowy taka ewentualność.
   - Wiedziałaś? - Zapytał- Na pewno?
   - Nie. -Parsknęliśmy śmiechem.
   - Zapraszam. - powiedział i zaczął wkładać rękawiczki i kask. Nie widziałam przyczyny żeby odmówić. Poza tym zawsze marzyłam o przejażdżce motorem. Założyłam na siebie kask i usiadłam za Julianem.
   - Mogę?- Zapytałam.
   - Naturalnie.
Objęłam go mocno w pasie. Wtedy Julian odpalił silnik i wjechaliśmy na ulicę. W błyskawicznym tempie przemierzaliśmy drogi Londynu. Po chwili stało się coś strasznego. Z bocznej uliczki wyjechała ciężarówka, tak jakby kierowca w ogóle nie używał lusterek. Julian gwałtownie skręcił na drugi pas wpadając na samochód osobowy. Poczułam tylko jak moje wręcz bezwładne ciało wypada z motoru i uderza głową w jezdnię.

       *********

   Otworzyłam oczy i zobaczyłam przed sobą białą ścinę i kilka pustych łóżek z jasnozieloną pościelą. Przyłożyłam dłoń do czoła i uświadomiłam sobie, że moja głowa jest zabandażowana. Kompletnie nie miałam pojęcia co się stało. Dopiero po kilkunastu minutach zaczęły docierać do mnie pojedyncze fakty. Julian. Motor. Wypadek. Oby jemu nic się nie stało. Po chwili na salę, w której leżałam wszedł lekarz w okularach i białym fartuchu.
   - Panie doktorze... - Głos mi się łamał.
  - Proszę nic nie mówić. Miała pani silny wstrząs mózgu i każdy najmniejszy wysiłek może go nadwyrężyć. - Powiedział po Polsku.
  - Ale co z nim?
  - Pan Higgins żyje i ma się dość dobrze. To o siebie powinna pani się martwić. Przeprowadziliśmy na pani skomplikowaną operację mózgu, ale na razie musimy czekać.
  - Na co czekać?! - Krzyknęłam
  - Niech się pani opanuje. Czekać na efekty.- Tłumaczył.
  - A ten kierowca ciężarówki? To my mieliśmy pierwszeństwo! - Spierałam się.
  - Ja nic nie wiem w tej sprawie. W tym celu odwiedzą panią policjanci, aby spisać zeznania.Lekarz wyszedł, a ja analizując całą sytuację czekałam na przybycie policjantów. Po chwili pojawili się, aby spisać moje zeznania. Nie miałam zbyt wiele do powiedzenia, ale za to oni mogli mi dostarczyć jakichś informacji.
   - Prawie niczego nie pamiętam. - Zaczęłam. -Co się stało?
   - Kierowca ciężarówki wyjechał zza zakrętu, mimo, że nie miał pierwszeństwa. Pan Higgins skręcił i uderzył w samochód należący do... - Blondwłosa policjantka urwała i odwróciła się do swojego kolegi z pracy. Ten pokiwał twierdząco głową.
   - Do kogo?  -Zapytałam.
   - Do członków mafii, którzy przewozili amfetaminę.  -Powiedziała.-Wszyscy przeżyli, a dzięki panu Higginsowi zdemaskowaliśmy ich i wsadziliśmy za kratki.
Zaniemówiłam. Mafia? Ta policjantka chyba nie wie co mówi. Ci w samochodzie to na pewno była jej mała część. Pozostali będą próbowali nas znaleźć i zabić za to co zrobił Julian.
  - Gdzie jest Julian? - Zapytałam.
  - A zeznania? - Domagała się policjantka.
  - Nie mam siły na zeznania. - Powiedziałam. -Z resztą wszystko już państwo wiedzą.
  - No dobrze. Innym razem spiszemy zeznania. - Powiedziała policjantka i schowała notes do kieszeni. - Pan Higgins czeka na korytarzu.
Po chwili policjanci wyszli, a na salę wszedł Julian. Podbiegł do mojego łóżka i schylił się, tak abym go słyszała.
  - Wiesz już o tej mafii? - Zapytał szeptem
  - Tak. - Odpowiedziałam tym samym tonem. - Pozostali będą chcieli nas znaleźć.
  - Wiem. Dlatego będziemy musieli uciec.
**********************************
 Ten rozdział to lekko zmodyfikowany pomysł, który poddała mi nasza droga Tini. Mam nadzieję, że wam się spodobał ;)

wtorek, 7 października 2014

Rozdział 7. Przeprosiny

    Doszłam do domu i zanim domownicy zdążyli na mnie nakrzyczeć ukryłam się w pokoju. Siadłam pod drzwiami i złapałam się za głowę. Jak mogłam być taka głupia? Co ja sobie myślałam? Że oprę się o tego całego Juliana, powiem coś ckliwego, a on od razu się we mnie zakocha? Tak. Chyba tak właśnie myślałam. Miałam nadzieję, że chociaż mnie obejmie albo coś w tym stylu. A on co? On tylko siedział, a ja zrobiłam z siebie pustą idiotkę, która przystawia się do każdego nowo poznanego chłopaka.
   Usiadłam na łóżku i położyłam sobie telefon na kolanach. Czekałam aż ktoś zadzwoni. Myśląc ,, ktoś" miałam na myśli Marcelinę. Wczoraj skończyły mi się pieniądze na koncie, dlatego czekałam aż to Marcelina zadzwoni. Nie śmiałam nawet prosić ,,znajomych cioci" o doładowanie. Nawet nie wiedziałam jak się nazywali. Ciocia coś o tym wspominała, ale w moim mózgu obowiązywała ścisła zasada: ,,Nie przyswajamy nudnych rzeczy". W końcu odezwała się piosenka Floydów, a ja odebrałam telefon.
    - I jak? I jak?! I jak?! - Piszczała przyjaciółka.
    - Nijak. Wszystko schrzaniłam. - Odpowiedziałam.
    - No co ty? Jak?
    - Na chama się do niego przystawiałam.
    - No co ty? Jest aż tak źle?- Zapytała.
    - Nie. Może przesadzam.
Porozmawiałyśmy jeszcze chwilę o niewypale znanym również pod nazwą: ,,Moja randka z Julianem", a potem Marcelina oświadczyła, że musi się uczyć, bo następnego dnia miała być kartkówka z biologii. Ja postanowiłam olać naukę i pójść spać. Ułożyłam się wygodnie i z myślą, że jutro będzie jeszcze gorzej w końcu zasnęłam.

                        ************
    Obudziłam się i spojrzałam na zegarek. Stwierdziwszy, że już po dziesiątej postanowiłam nie iść do szkoły. Brawo! Brawo Marylo! To trzeci dzień szkoły, a ty już wagarujesz! - Odezwała się moja podświadomość. Trudno. Leniwie wstałam z łóżka, zrobiłam sobie jakąś kanapkę na śniadanie i wyszłam na dwór. Słońce mocno świeciło, więc postanowiłam nie marnować dnia i gdzieś pójść.
    Szłam w ciszy przez Londyńskie uliczki. W końcu zatrzymałam się pod uniwersytetem medycznym. To tutaj studiuje Julian. Po chwili do głowy przyszedł mi bardzo głupi pomysł. Usadowiłam się na murku przed wejściem do LMU (London Medical University). Po kilu godzinach zaczął z niego wychodzić tłum studentów. Próbowałam dojrzeć gdzieś Juliana. Gdy w końcu ujrzałam w tłumie jego piękną twarz pobiegłam w tamtą stronę.
   - Cześć Julian. - Przerwałam mu rozmowę z kolegami.
   - Cześć.- Przywitał się, a potem zwrócił do kolegów. - This is Maryla. My good friend.
    - Hi Maryla.  -Powiedział jeden z kolegów Juliana. Miał czarne włosy, niesfornie opadające mu na twarz, kilka piegów i prosty, długi nos. Był całkiem przystojny.
    - Hi.  -Odchrząknęłam i znów zwróciłam się do Juliana. - Musimy pogadać.
    - Z pewnością. - Powiedział. - Goodbye.
Poszłam za Julianem w stronę ulicy.
    - Nie powinnaś być w szkole?- Zapytał w końcu.
    - Nie. - Skłamałam.
    - Coś chyba ci nie wierzę. - Powiedział.
    - Może powinieneś zacząć.
    - To o czym chciałaś pogadać? - Zmienił temat.
    - O wczoraj.
    - Coś było nie tak?
    - Nie... To znaczy...Wszystko...- Próbowałam skleić jakieś sensowne zdanie. - Coś czuję, że ta rozmowa nie ma sensu.
     - A ja czuję, że ma. I to głęboki. - Zaskoczył mnie tym, co można było wywnioskować po mojej minie.
     - Po prostu chciałam przeprosić. - Powiedziałam w końcu.
     - Nie. To ja powinienem cię przeprosić.
     - No to skoro oboje się przepraszamy to uznajmy, że nikt nie jest winny i zakończmy tę rozmowę. - Zaproponowałam.
Julian się uśmiechnął.
    - Kawa? - Zapytał.
    - Kawa. - Odpowiedziałam i wzięłam go pod rękę.
**********************
Rozdział trochę głupi i beznadziejny, bo w ogóle nie miałam weny, ale pewna osoba znana pod pseudonimem Tini Cullen przymusiła mnie do napisania go. :) Pozdrawiam.

czwartek, 2 października 2014

Rozdział 6. Wycieczka



Z punktu widzenia Juliana

           Przyszedłem pod szkołę Maryli. Do końca ostatniej lekcji pozostało prawie dwadzieścia minut. Gdy tylko przyjdzie zaproszę ją na zwiedzanie Londynu. Sam nie znam go zbyt dobrze. W wieku siedmiu lat razem z rodzicami przeprowadziłem się do Polski – ojczystego kraju mojej mamy. To tam się wychowywałem. Postanowiłem wrócić do Londynu, w celu dokończenia liceum i rozpoczęcia studiów. Rodzice zostali w Polsce, a mi pozwolili zająć nasze stare mieszkanie. Był to duży, piętrowy dom z widokiem na London Eye.
        Po chwili pojawiła się Maryla od razu uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Intrygowała mnie, mimo, że prawie nic o sobie nie mówiła. Była taka skryta, a to jeszcze bardziej mnie pociągało.
    - Cześć. – Powiedziała. – Ile już tu stoisz?
    - Parę minut. – Odpowiedziałem. Chyba przeszkadzało jej, że tak się dla niej starałem. Wiedziałem, że niektórzy woleli nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi i raczej…jakby to ująć- ukrywać. Ona do takich należała.
    - To odprowadzisz mnie do domu, czy może… - Wahała się. Wiedziałem, że miała ochotę gdzieś ze mną pójść, ale bała się poprosić.
   - Mam już wszystko zaplanowane. – Uspokoiłem ją.
   - Hmmm…- Zaczęła. Chyba chciała mnie jakoś zripostować.- Pan zorganizowany…
Podobała mi się  ta jej zaciętość i upartość. Mimo wszystko nietrudno było odgadnąć co ma na myśli. A może było. Po prostu wszyscy uważali zawsze, że jestem bardzo przewidujący.
   - No to… Gdzie idziemy? – Zapytała.
   - Niespodzianka. – Powiedziałem. Chciałem ją trochę potrzymać w niepewności.
   - Nienawidzę niespodzianek. – Burknęła.
Parsknąłem śmiechem.
   - Ta ci się spodoba. – Zapewniłem.
Na chwilę przestała narzekać i szliśmy w ciszy w kierunku, który wcześniej wskazałem.
   - Daleko jeszcze? – Zapytała, gdy znaleźliśmy się w centrum miasta. – Bolą mnie nogi.
   - Skończ z tym narzekaniem.
Zaśmiała się.
   - Opowiedz mi coś o sobie. Ty o mnie wiesz już prawie wszystko, a ja o tobie tyle co nic. – Powiedziałem.
   - Moja historia nie jest zbyt intrygująca. – Powiedziała Maryla.
   - Dobra, nie naciskam. – Zadeklarowałem i uniosłem ręce w obronnym geście. Jak zechce to sama mi wszystko powie.
   Po chwili dotarliśmy pod Big Ben.
    - Naprawdę? –Zapytała. – Romantyczna randka pod wielkim zegarem.
Po chwili ,,ugryzła się w język” i zamilkła, a jej twarz zakwitła na czerwono. Nie chciała tego powiedzieć. Zdecydowanie nie. Postanowiłem udawać, że nie dosłyszałem i jak gdyby nigdy nic ruszyłem w stronę wejścia do wieży zegarowej.
    - Idziesz? – Zapytałem.
    - Jasne. Przecież nie będę tu stać. –Powiedziała.
Kupiłem bilety i weszliśmy, żeby pozwiedzać wnętrze. Po Big Benie było krótkie przedstawienie w Globe Theatre, ale najlepsze zostawiłem na sam koniec.
   - Idziemy już? – Zapytała w końcu.
   - Jeszcze nie.
Doszliśmy pod ogromny ,,diabelski młyn”, który tak naprawdę służył do oglądania widoków. Wsiedliśmy do jednej z kabin i zaczęła się przejażdżka.
   - O mój Boże jakie to piękne! – Zachwycała się Maryla.
Wiedziałem, że jej się spodoba.
     W drodze do domu zaczęło zachodzić słońce. Gdy szliśmy po małym pagórku Maryla pociągnęła mnie za rękę.
     - Obejrzyjmy zachód. – Poprosiła. Nie widziałem powodu żeby odmówić. Usiedliśmy na trawie i patrzyliśmy na horyzont, za którym zaraz miało zniknąć słońce. Po chwili Maryla położyła głowę na moim ramieniu. Chciałem objąć ją ręką, ale zbyt się bałem, że wtedy odejdzie. Cieszyłem się chwilą. Nie sądziłem, że mogę czuć się tak dobrze przy nowo poznanej dziewczynie.
   Ale czy to oznaczało, że się w niej zakochałem?

środa, 1 października 2014

Rozdział 5. Spotkanie

 Obudziłam się z myślą, że to nie będzie dobry dzień. Ubrałam się w zieloną koszulkę i jeansy, spakowałam książki do torby i spojrzałam na zegar wiszący w moim pokoju. Do rozpoczęcia lekcji zostało jeszcze ponad pięćdziesiąt minut. Nie zważając na to wyszłam z domu. Nie chciałam czekać aż domownicy się obudzą i obdarzą mnie kolejną porcją wyrzutów.
 Doszłam pod szkołę w dziesięć minut. Nikogo nie było dookoła więc postanowiłam usiąść na krawężniku i poczekać. Po kilkunastu okrutnie nudnych minutach na horyzoncie pojawiła się Marcelina. Miała na sobie czerwony T-shirt, jeansy do kolan, converse'y w kolorze bluzki i złotą biżuterię. Włosy miała związane w dwa warkocze, luźno opadające na ramiona. Na szyi spoczywały jej ukochane czerwone słuchawki. Paznokcie były naprzemiennie biało-czerwone.
    - Cześć Marcysiu. - Przywitałam się i przytuliłam przyjaciółkę.
   - Cześć Marylko.- Uśmiechnęła się i podniosła do góry swoje dłonie. - Patriotyzm na całego.
   - Widzę. - Odpowiedziałam i jeszcze raz dokładnie przyjrzałam się przyjaciółce.  - Lubisz czerwony, co?
   - Ja kocham czerwony! - Wykrzyknęła radośnie i wzięła mnie pod rękę. - Mam zamiar dzisiaj zapolować.
   - Na co? - Zapytałam zupełnie nieświadoma co miała na myśli.
   - Na chłopaków. - Odpowiedziała zupełnie spokojnie.
Po chwili obie parsknęłyśmy śmiechem.

                              **********
   Szkoła okazała się całkiem przyjazna. Mili nauczyciele, miłe osoby,  łatwy materiał. Lekcje minęły mi jak z bicza strzelił. Szybko wyszłyśmy ze szkoły, ale Marcelina oświadczyła, że obiecała załatwić coś dla cioci więc musi lecieć. Pożegnałyśmy się i każda poszła w swoją stronę. Gdy szłam w kierunku domu jakaś grupka chłopaków potrąciła mnie i runęłam z hukiem na chodnik. Żaden się nie zatrzymał, żeby mi pomóc. Żaden oprócz jednego.
   - Najmocniej przepraszam. - Powiedział z angielskim akcentem i podał mi rękę. Jak na Angola to bardzo dobrze znał Polski.
  - Nie ma za co. - Powiedziałam i otrzepałam prowizoryczny kurz ze spodni.
  - Jestem Julian. - Powiedział grzecznie i uśmiechnął się.
  - Maryla. - Orzekłam obojętnie. A przynajmniej to miało wyglądać obojętnie, bo ten cały Julian był tak przystojny, tak szarmancki i tak pociągający, że przy nim chyba nie dało się zachować obojętności. Miał włosy w karmelowym odcieniu, był wyskoki, dobrze zbudowany i nieziemsko przystojny.
  - Dałabyś się zaprosić na kawę? - Zapytał po chwili milczenia.
   - Chyba odmowa nie wchodzi w grę. - Skwitowałam i uśmiechnęłam się.
Doszliśmy do małej kawiarenki, o której niektórzy mogliby powiedzieć ,,romantyczna". Piliśmy kawę i rozmawialiśmy. Dowiedziałam się, że Julian był studentem pierwszego roku na uniwersytecie medycznym. To znaczy, że miał dwadzieścia lat. Tylko trzy więcej niż ja. Ja nie miałam za wiele do powiedzenia. Mój życiorys nie należał do porywających.
  - O której kończysz jutro lekcje?  -Zapytał w końcu chłopak.
  - O drugiej.- Odpowiedziałam. - A co?
  - Jeżeli nie miałabyś nic przeciwko chciałbym po ciebie przyjść.  -Uśmiechnął się zawadiacko.
  - Serio? Najpierw olewasz dla mnie kolegów, a teraz jeszcze to?- Zapytałam. To dziwne. Teraz nie ma takich dżentelmenów. Może to jakiś podstęp, a zadawanie się z tym Julianem to nie jest zbyt dobry pomysł? A może po prostu chciał być miły? Nie wiedziałam.
  - Czyli się nie zgadzasz? - Zapytał. Było widać, że mu przykro.
  - Nie. Nie o to chodzi. Jasne, że się zgadzam.- Odpowiedziałam.
   Pożegnaliśmy się i ruszyłam w stronę domu. Ciekawe co wyniknie z mojej nowej znajomości z tajemniczym Julianem?
   
     *******************

  Odrabiałam lekcje gdy nagle zauważyłam świstek wystający z mojej torby. Wyjęłam go i okazało się, że to serwetka z tej kawiarni. Rozwinęłam ją i ujrzałam numer telefonu oraz dopisek: ,, Mam nadzieję,  że zadzwonisz." Hmmm. Zadzwonić? Postanowiłam na razie trzymać go w niepewności. Niech się stara. Po chwili mój telefon zadzwonił. Bałam się, że nie wiadomo jak Julian zdobył mój numer telefonu. Nie. To na szczęście Marcelina.
  - Hej, co dzisiaj fascynującego robiłaś? - Zapytała,
  - Nie zgadniesz.
************
Hej. To już piąty rozdział. :D. Jak coś to Julian, czyta się Dżulian.