Od wczoraj nie
spuścili z nas oczu, więc nie było mowy o ucieczce. Od wczoraj nie usłyszałam
już o Julianie. Nie miałam pojęcia czy nas szukał, czy może po prostu wezwał
policję. Nie miałam pojęcia jak zareagował na widok martwego Kennedy’iego. Cały
czas siedział z nami jego morderca – Max. Prawie się nie odzywał. Od czasu do
czasu zapalał papierosa, układał pasjansa. Miałam całą noc żeby mu się
przyjrzeć. Wyglądał bardzo poczciwie. Miał pogodne rysy twarzy, chodził w
szarym kaszkiecie. Nie mogłam przez to rozpoznać koloru jego włosów. Oczy były
błękitne, zatroskane. Na sobie nosił brązową, skórzaną kurtkę, materiałowe
spodnie i czarne kozaki. Nie wyglądał na mordercę. Zastanawiałam się jak ktoś,
kto wygląda na tak dobrodusznego mógłby zrobić coś takiego. Ci dwaj pozostali-
których imion nie było mi dane poznać wyglądali zupełnie inaczej. Mieli ogolone
głowy, często chodzili w kominiarkach. Byli z natury groźni, zabójczy. Widząc
właśnie takich ludzi na ulicy przechodzą nas dreszcze, a serce przyspiesza. Nie
wyglądali na osoby z uczuciami. Raczej na zimnych morderców. Tak to dobre
określenie. A Max? Zwykły, niegroźny mężczyzna w średnim wieku. Ale to tylko
pozory.
A ta piwnica?
Obskurna, cuchnąca stęchlizną nora, bez kaloryferów, z jednym, jedynym oknem. Oknem,
które być może będzie naszym zbawieniem. Oknem, przez które być może ledwo się
przedostaniemy. Bo było bardzo małe. I brudne. Nie było przez nie widać słońca,
a kit był częściowo poobrywany, a częściowo wystawał poza framugę. Wszędzie
biegały szczury i karaluchy. Starałam się nie przejmować tym zbytnio i skupić
na ucieczce. Przez całą dobę miałam czas by wstępnie ją opracować. Jest kilka
scenariuszy. Jeżeli wszyscy wyszliby chociaż na chwilę nie byłoby kłopotu. Nie
byłoby gdybyśmy nie siedziały związane. Musiałam jakoś zdobyć nóż, albo chociaż
kawałek szkła. Ale to wcale nie było proste. Bo Max patrzył. Zawsze, choćby
kątem oka. Częściej na mnie. Być może wiedział, że coś kombinuję, ale póki co
milczał. A Marcelina? Siedem nieszczęść. Dawniej –Zabawna, szalona,
spontaniczna, dzisiaj – załamana, rozbita, zapłakana. Czy właśnie o to im
chodziło? Chcieli załatwić psychicznie Bogu ducha winną dziewczynę. Nawet nie
uczestniczyła w tej całej farsie. Po prostu chciała pomóc. Mi, Julianowi. I co?
Jak skończyła? Przetrzymywana o samej wodzie w starej ruderze, ze świadomością,
że ktoś na kim jej zależało nie żyje. To jej było mi najbardziej szkoda. Nie
mówiłam jej jeszcze nic o planie, bo jak już mówiłam –Max patrzył. Po chwili
skupiłam się na sobie. Od ,,wizyty” nie odezwałam się ani razu, nie wyraziłam
żadnych emocji. Ciekawe jak Marcelina to odebrała? Że jestem bezuczuciowym,
bezdusznym potworem? Możliwe. I to bardzo. Ale jedyne co mogłam zrobić to
utrzymać ją przy życiu i pomóc się wydostać z tego piekła.
Po chwili przestałam
tak intensywnie myśleć i zauważyłam, że jestem głodna. Nie jadłam nic od
wczorajszego ranka. Skoro miałam tam siedzieć musieli dawać mi coś do jedzenia.
- I’m hungry. –
Syknęłam.
- And? – Zakpił Max
i parsknął śmiechem.
- Shit. – Burknęłam
wściekle i zaczęłam się szarpać
- Ok… - Powiedział
przeciągle Max i zaczął nucić coś pod nosem.
Wstał i zajrzał do jednej z szafek. Gdy się schylał
zauważyłam przy jego pasie nóż. Musiałam go zdobyć. Po chwili Max wstał.
Trzymał w ręce bochenek ciemnego chleba. Rzucił mi go na kolana.
- Eat. – Powiedział szorstkim
głosem.
Chrząknęłam znacząco żeby podkreślić, że mam niewładne ręce.
Ten niepewnie rozciął taśmę nożem i z powrotem schował go za pas. Przejechałam
dwoma palcami po skórce. Chleb nie był świeży, ale też niezbyt czerstwy. Przedarłam
go na dwie części. Jedną podałam Marcelinie, a drugą zaczęłam jeść sama. W
tamtym momencie w mojej głowie zrodził się pomysł. Wystarczyło zwabić do siebie
Maxa, a potem dyskretnie pozbawić go noża. Postanowiłam na razie się nie
spieszyć. W spokoju zjadłam chleb. Czas zaczynać.
- I’d like some water. – Oznajmiłam.
- Shut up. – Warknął Max.
- Please, I’m thirsty. – Powiedziałam
Max wywrócił oczami
i sięgnął po butelkę wody. Zaczął przerzucać ją z ręki do ręki. Żeby mnie
zdenerwować. Jasne. Po chwili przestał to robić i przykucnął żeby podać mi wodę.
Wyciągnął rękę. To była moja jedyna szansa.
- And your friend…
- Zaczął, ale ja byłam szybsza.
Gwałtownie wyrwałam mu nóż i z całej siły wbiłam w ramię. Nie
chciałam go zabić. Tylko mocno zranić. Gdy Max zwijał się z bólu ja uwalniałam
swoje nogi. To samo zrobiłam z Marceliną. Pomogłam jej wstać i ruszyłam do
okna. Musiałam zdążyć przed powrotem pozostałych. Okno dawno nie było otwierane
więc musiałam podważyć je nożem żeby ustąpiło. Gdy do pomieszczenia dostało się
świeże powietrze zaczęłam je łapczywie wdychać.
- Maryla! Idziemy! –Usłyszałam
głos przyjaciółki, który wyrwał mnie z transu. Po chwili byłam już na zewnątrz.
Gdy Marcelina była już w połowie drogi usłyszałam huk wystrzału. I krzyk
przyjaciółki.
- Marcelina! Nic ci
nie jest?! –Wykrzyczałam z przerażeniem.
- Nie. Nic.-
Wydyszała Marcelina. – Dostałam w bok.
Chciało mi się płakać, gdy patrzyłam jak cierpi. Mimo
wszystko zachowałam zimną krew i pomogłam jej się wydostać. Trzymała się za
bok, a spomiędzy palców wyciekała krew. Zanim zaczęłyśmy uciekać zobaczyłam
jeszcze Maxa. Trzymał pistolet leżąc na podłodze w kałuży krwi. Chciał zabić
Marcelinę…
Tak. Pozory mylą.
**************************
Rozdział wcześniej
niż się spodziewałam, ale to chyba nawet lepiej. ;) Dużo w nim opisów i jeszcze
więcej akcji. Mam nadzieję, że się podobał.
Kolejny super rozdział! Będę czekać z niecierpliwością na rozwój tej niesamowitej akcji.
OdpowiedzUsuńZgadzam się z Madzią. Ten rozdział był genialny (tak jak pozostałe). Brawurowa ucieczka. Podobała mi się ta "zimna krew" Maryli. Po raz kolejny pokazała, że jest silna. Super. Weny życzę ~Alice
OdpowiedzUsuńCudowny. Fajnie, że dziewczyny uciekły. Ciekawe co z Julianem. Weny ~Dorcas
OdpowiedzUsuń