środa, 5 listopada 2014

Rozdział 13. Ucieczka



   Od wczoraj nie spuścili z nas oczu, więc nie było mowy o ucieczce. Od wczoraj nie usłyszałam już o Julianie. Nie miałam pojęcia czy nas szukał, czy może po prostu wezwał policję. Nie miałam pojęcia jak zareagował na widok martwego Kennedy’iego. Cały czas siedział z nami jego morderca – Max. Prawie się nie odzywał. Od czasu do czasu zapalał papierosa, układał pasjansa. Miałam całą noc żeby mu się przyjrzeć. Wyglądał bardzo poczciwie. Miał pogodne rysy twarzy, chodził w szarym kaszkiecie. Nie mogłam przez to rozpoznać koloru jego włosów. Oczy były błękitne, zatroskane. Na sobie nosił brązową, skórzaną kurtkę, materiałowe spodnie i czarne kozaki. Nie wyglądał na mordercę. Zastanawiałam się jak ktoś, kto wygląda na tak dobrodusznego mógłby zrobić coś takiego. Ci dwaj pozostali- których imion nie było mi dane poznać wyglądali zupełnie inaczej. Mieli ogolone głowy, często chodzili w kominiarkach. Byli z natury groźni, zabójczy. Widząc właśnie takich ludzi na ulicy przechodzą nas dreszcze, a serce przyspiesza. Nie wyglądali na osoby z uczuciami. Raczej na zimnych morderców. Tak to dobre określenie. A Max? Zwykły, niegroźny mężczyzna w średnim wieku. Ale to tylko pozory.
   A ta piwnica? Obskurna, cuchnąca stęchlizną nora, bez kaloryferów, z jednym, jedynym oknem. Oknem, które być może będzie naszym zbawieniem. Oknem, przez które być może ledwo się przedostaniemy. Bo było bardzo małe. I brudne. Nie było przez nie widać słońca, a kit był częściowo poobrywany, a częściowo wystawał poza framugę. Wszędzie biegały szczury i karaluchy. Starałam się nie przejmować tym zbytnio i skupić na ucieczce. Przez całą dobę miałam czas by wstępnie ją opracować. Jest kilka scenariuszy. Jeżeli wszyscy wyszliby chociaż na chwilę nie byłoby kłopotu. Nie byłoby gdybyśmy nie siedziały związane. Musiałam jakoś zdobyć nóż, albo chociaż kawałek szkła. Ale to wcale nie było proste. Bo Max patrzył. Zawsze, choćby kątem oka. Częściej na mnie. Być może wiedział, że coś kombinuję, ale póki co milczał. A Marcelina? Siedem nieszczęść. Dawniej –Zabawna, szalona, spontaniczna, dzisiaj – załamana, rozbita, zapłakana. Czy właśnie o to im chodziło? Chcieli załatwić psychicznie Bogu ducha winną dziewczynę. Nawet nie uczestniczyła w tej całej farsie. Po prostu chciała pomóc. Mi, Julianowi. I co? Jak skończyła? Przetrzymywana o samej wodzie w starej ruderze, ze świadomością, że ktoś na kim jej zależało nie żyje. To jej było mi najbardziej szkoda. Nie mówiłam jej jeszcze nic o planie, bo jak już mówiłam –Max patrzył. Po chwili skupiłam się na sobie. Od ,,wizyty” nie odezwałam się ani razu, nie wyraziłam żadnych emocji. Ciekawe jak Marcelina to odebrała? Że jestem bezuczuciowym, bezdusznym potworem? Możliwe. I to bardzo. Ale jedyne co mogłam zrobić to utrzymać ją przy życiu i pomóc się wydostać z tego piekła.
  Po chwili przestałam tak intensywnie myśleć i zauważyłam, że jestem głodna. Nie jadłam nic od wczorajszego ranka. Skoro miałam tam siedzieć musieli dawać mi coś do jedzenia.
  - I’m hungry. – Syknęłam.
  - And? – Zakpił Max i parsknął śmiechem.
  - Shit. – Burknęłam wściekle i zaczęłam się szarpać
   - Ok… - Powiedział przeciągle Max i zaczął nucić coś pod nosem.
Wstał i zajrzał do jednej z szafek. Gdy się schylał zauważyłam przy jego pasie nóż. Musiałam go zdobyć. Po chwili Max wstał. Trzymał w ręce bochenek ciemnego chleba. Rzucił mi go na kolana.
  - Eat. – Powiedział szorstkim głosem.
Chrząknęłam znacząco żeby podkreślić, że mam niewładne ręce. Ten niepewnie rozciął taśmę nożem i z powrotem schował go za pas. Przejechałam dwoma palcami po skórce. Chleb nie był świeży, ale też niezbyt czerstwy. Przedarłam go na dwie części. Jedną podałam Marcelinie, a drugą zaczęłam jeść sama. W tamtym momencie w mojej głowie zrodził się pomysł. Wystarczyło zwabić do siebie Maxa, a potem dyskretnie pozbawić go noża. Postanowiłam na razie się nie spieszyć. W spokoju zjadłam chleb. Czas zaczynać.
- I’d like some water. – Oznajmiłam.
- Shut up. – Warknął Max.
  - Please, I’m thirsty. – Powiedziałam
   Max wywrócił oczami i sięgnął po butelkę wody. Zaczął przerzucać ją z ręki do ręki. Żeby mnie zdenerwować. Jasne. Po chwili przestał to robić i przykucnął żeby podać mi wodę. Wyciągnął rękę. To była moja jedyna szansa.
    - And your friend… - Zaczął, ale ja byłam szybsza.
Gwałtownie wyrwałam mu nóż i z całej siły wbiłam w ramię. Nie chciałam go zabić. Tylko mocno zranić. Gdy Max zwijał się z bólu ja uwalniałam swoje nogi. To samo zrobiłam z Marceliną. Pomogłam jej wstać i ruszyłam do okna. Musiałam zdążyć przed powrotem pozostałych. Okno dawno nie było otwierane więc musiałam podważyć je nożem żeby ustąpiło. Gdy do pomieszczenia dostało się świeże powietrze zaczęłam je łapczywie wdychać.
  - Maryla! Idziemy! –Usłyszałam głos przyjaciółki, który wyrwał mnie z transu. Po chwili byłam już na zewnątrz. Gdy Marcelina była już w połowie drogi usłyszałam huk wystrzału. I krzyk przyjaciółki.
  - Marcelina! Nic ci nie jest?! –Wykrzyczałam z przerażeniem.
  - Nie. Nic.- Wydyszała Marcelina. – Dostałam w bok.
Chciało mi się płakać, gdy patrzyłam jak cierpi. Mimo wszystko zachowałam zimną krew i pomogłam jej się wydostać. Trzymała się za bok, a spomiędzy palców wyciekała krew. Zanim zaczęłyśmy uciekać zobaczyłam jeszcze Maxa. Trzymał pistolet leżąc na podłodze w kałuży krwi. Chciał zabić Marcelinę…
  Tak. Pozory mylą.
**************************
 Rozdział wcześniej niż się spodziewałam, ale to chyba nawet lepiej. ;) Dużo w nim opisów i jeszcze więcej akcji. Mam nadzieję, że się podobał.

3 komentarze:

  1. Kolejny super rozdział! Będę czekać z niecierpliwością na rozwój tej niesamowitej akcji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z Madzią. Ten rozdział był genialny (tak jak pozostałe). Brawurowa ucieczka. Podobała mi się ta "zimna krew" Maryli. Po raz kolejny pokazała, że jest silna. Super. Weny życzę ~Alice

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny. Fajnie, że dziewczyny uciekły. Ciekawe co z Julianem. Weny ~Dorcas

    OdpowiedzUsuń