Wlekłyśmy się uliczkami Liverpoolu. Z Marceliną było coraz
gorzej. Nienawidziłam siebie. Bo to ja ją w to wplątałam. Maskowała ból i
strach śmiejąc się, zakrywając ranę. Nie chciałam dłużej na to patrzeć. Nie
miałyśmy pojęcia dokąd idziemy. Była noc, zero ludzi. To była żmudna robota, a
Marcelina traciła coraz więcej krwi.
- Daleko jeszcze do
szpitala? – Zapytała po chwili przyjaciółka.
- Nie, to już
niedaleko. – Pocieszałam ją po raz kolejny. Tak naprawdę nie miałam pojęcia
gdzie może być szpital.
Zastanawiałam się też, gdzie jest Julian, co robi, czy na
szuka? Chyba po prostu tęskniłam. Po kilku godzinach, gdy Marcelina była blada
jak śmierć zaczęłam mniej więcej rozpoznawać okolicę. Gdzieś niedaleko powinien
być dom Kennedy’iego. Zaczęłam szybciej ciągnąć przyjaciółkę, w kierunku, który
wydawał mi się właściwy.
- Auu…- Jęknęła.
- Przepraszam. –
Szepnęłam i trochę zwolniłam.
Po kilku minutach przed naszymi oczami ukazał się dom
zmarłego przyjaciela.
- Jesteśmy. –
Poinformowałam przyjaciółkę, która zgięta wpół przyglądała się ranie.
- Cudownie.
Doszłyśmy do drzwi. Były otwarte. Zaciągnęłam przyjaciółkę
do kuchni. Mimo zgaszonego światła nie miałam problemu z odróżnieniem sylwetki…
Juliana!
- Julian! –
Krzyknęłam i podbiegłam do niego.
Marcelina pozbawiona mojego oparcia zatoczyła się i prawie
upadła. Blondyn poderwał się z krzesła i przytulił mnie.
- Nie ma czasu! –
Wrzasnęłam. –Marcelina!
Julian natychmiast podszedł do czarnowłosej i podtrzymał ją.
- Jedziemy do
szpitala.- Powiedział Julian i zaczął iść do samochodu.
Bezwiednie
potruchtałam za nimi. Modliłam się tylko żeby Marcelina przeżyła. Usadowiłam
się na przednim siedzeniu obok Juliana. Wzięłam głęboki oddech. Po chwili
poczułam, że ktoś dotyka mojej ręki. To Julian. Jego ręka była taka zimna.
- Będzie dobrze. –
Powiedział.
Uśmiechnęłam się blado. Julian odpalił silnik i ruszył.
- Szukałeś nas?-
Zapytałam po chwili.
- Oczywiście. –
Odpowiedział smutno. – Powysyłałem policję wszędzie. Szukałem też na własną
rękę, ale nigdzie nie mogłem was znaleźć.
- A Kennedy…?
–Zaczęłam, ale Julian mi przerwał.
- Widziałem go. –
Westchnął i potarł ręką twarz. – To moja wina. Ja was wszystkich w to
wplątałem.
- Nie obwiniaj się.
– Powiedziałam smutno. Wiedziałam, że to co mówiłam wcale mu nie pomagała, ale
jak to mówią: ,,Nadzieja umiera ostatnia”.
- Jak to się stało?
– Zmienił temat, a ręce zaczęły mu się trząść. Tak bardzo chciałam mu pomóc.
Wiedziałam jak to wszystko go przytłaczało.
- Zadzwonił
dzwonek, Kennedy myślał, że to ty i …- Zacięłam się. Na wspomnienie tamtej
chwili chciało mi się płakać.
- Nie musisz mówić,
jeśli nie chcesz. – Powiedział Julian.
- Powiem. – Wzięłam
oddech i zaczęłam opowiadać.
Powiedziałam Julianowi, o tym jak zabili Kennedy’iego, jak zawieźli
nas do tamtej piwnicy, jak próbowałyśmy uciec, jak Max postrzelił Marcelinę.
Pod koniec opowieści po prostu się rozpłakałam. To wszystko było dla mnie za
wiele. Nawet w najgorszym koszmarze, nie dzieję się takie rzeczy. Nie mogłam
znieść myśli, że tyle osób przeze mnie cierpiało. Pomyślałam o cioci i tych jej
znajomych u których mieszkałam. Od mojego wyjazdu nie miałam z nimi kontaktu.
Pewnie już dawno mnie pochowali. Szybko odgoniłam zbędne myśli i znów zwróciłam
się do Juliana.
- Daleko jeszcze ten
szpital? – Zapytałam beznamiętnie.
- Nie, już za chwilę
będziemy. – Powiedział Julian i uśmiechnął się blado.
- To dobrze.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że Marcelina bardzo ciężko
oddychała. Nie odezwałam się do niej. Nie chciałam męczyć jej zbędnym
wysiłkiem, takim jak mówienie. Spojrzałam za okno. Panowała prawie zupełna
ciemność. Mijane przez nas drzewa błyskawicznie znikały w tyle. Uświadomiłam
sobie, że Julian jedzie sto sześćdziesiąt na godzinę. Na szczęście ulica byłą
prawie zupełnie pusta.
- Dziękuję. –
Powiedziałam smutno.
- To nie moja
zasługa. – Westchnął Julian. – Gdybyście w porę nie przyszły Marcelina mogłaby
już nie żyć.
Po kilkunastu
minutach zatrzymaliśmy się pod budynkiem szpitala miejskiego. Szybko
wygramoliłam się z samochodu. Na zewnątrz panował niesamowity mróz. Mój oddech
zamienił się w białą mgiełkę. Nawet nie zauważyłam kiedy Julian okrył mnie
swoją kurtką. Odwróciłam się, by zobaczyć, czy pomógł już wysiąść Marcelinie.
Ale on stał wpatrzony w nią jak wryty.
- O co chodzi? –
Zapytałam.
Byłam przerażona. O co mogło mu chodzić?
- Nie żyje.
*********************
*********************
A oto prezentuję wam
pomysł Violetty, który poddała mi w jednym z komentarzy. ;)
Super! Zakończenie... prawie się poryczałam. Ale przyznaję, że to dobry pomysł. W wielu książkach tak jest. Bohaterowie, którzy i tak mają przechlapane tracą dodatkowo swoich bliskich. Życzę ci dużo weny. Pozdrawiam. ~Alice
OdpowiedzUsuńŚwietny pomysł i oczywiście rozdział! Takie zakończenie było do przewidzenia jednak teraz bardziej ciekawa jestem jak poradzi sobie główna bohaterka ze stratą przyjaciółki :(
OdpowiedzUsuńBiedna Marcelina. Biedna Maryla. Ale rozdział i tak fajny. weny ~Dorcas
OdpowiedzUsuń