Jechaliśmy już
około pięciu godzin. Nie miałam zielonego pojęcia dokąd. Marcelina zasnęła, a
Julian w skupieniu prowadził samochód. Nie miałam śmiałości się do niego
odezwać. Cała ta sytuacja mnie przytłaczała. Mimo to starałam się nie myśleć o
cioci, która na pewno dowiedziała się już o mojej nieobecności. Starałam się
ignorować częste wibracje telefonu i świadomość tego co robimy. Marcelina
zdawała się na spokojnie przyjmować tę ucieczkę, mafię. Zachowywała się jakby
to była niesamowita przygoda. Coś było nie tak.
- Julian, dokąd
jedziemy? – Zdobyłam się w końcu by zadać pytanie.
- Do Liverpoolu. –
Odpowiedział spokojnie. – To bardzo daleko, więc mam nadzieję, że nas nie
znajdą.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Chłopak odwzajemnił gest i
wrócił do kierowania.
- A dokładniej?-
Dopytywałam się.
- Do mojego
przyjaciela Kennedy’iego. Mieszka tam od czterech lat. – Sprecyzował.
Postanowiłam więcej się nie odzywać. Nie miałam siły ani
ochoty. Czy ten cały Kennedy przyjmie nas mimo tego, że być może ściga nas
mafia? Nie wiedziałam.
****************
Kennedy okazał się
zabawnym brunetem o ciemnych oczach, w wieku Juliana. Przywitał nas z otwartymi
ramionami szczerze śmiejąc się z tego co nam się przytrafiło. Sami optymiści!
Nie dość, ze Marcelina traktowała to jak błahostkę to teraz jeszcze on!
- Hello, pritty
women. – Zaczął brunet obejmując nas ramionami.
- Kennedy, one są
Polkami…- Oznajmił Julian i zaczął wyciągać nasze rzeczy z bagażnika.
- Najmocniej
przepraszam. – Powiedział Kennedy i uśmiechnął się. Był nawet przystojny, ale
na mnie nie zrobił wrażenia. Za to Marcelina była wpatrzona w niego jak w
obrazek.
- Jestem Maryla,
a to moja przyjaciółka Marcelina. – Przywitałam się i wyciągnęłam rękę. Ten
jednak bez namysłu mnie uściskał. Moją przyjaciółkę również.
- Jestem Kennedy
i wiecie co?- Zadał pytanie retoryczne. – Nieźle sobie nagrabiliście. Mafia
narkotykowa? Nigdy nie spodziewałbym się tego po tobie ,, książę”. – Dokończył
zwracając się do Juliana.
- Prosiłem cię
tysiące razy żebyś się tak do mnie nie zwracał.- Warknął blondyn i wszedł do
domu.
- O co chodzi? –
Zapytałam. Ciekawiło mnie dlaczego Julian miałby być ,,księciem”.
- Bo pan idealny
ma królewskie korzenie. – Powiedział chłopak i zaśmiał się.
- Dziesiąta woda
po kisielu! – Usłyszeliśmy krzyk Juliana.
Ja również wybuchłam śmiechem. Julian księciem. Nie
spodziewałam się tego.
- No to
zapraszam panie na górę. – Powiedział Kennedy i wskazał długie, kręte schody
prowadzące na górę. – Pierwsze drzwi na prawo.
Razem z Marceliną pokierowałyśmy się w tamtą stronę. Nasz
pokój był duży i gustownie urządzony. Posiadał dwa dość duże łóżka, komodę,
dwie szafy, stolik i osobną łazienkę.
Ten cały Kennedy musiał być naprawdę bogaty. Zanim się
obejrzałam Marcelina rzuciła się na łóżko z czerwoną pościelą.
- Nie sądzisz, że
on jest uroczy? – Zapytała przyjaciółka.
Wzruszyłam ramionami. Jedyną myślą, która mnie pocieszała
było to, że Marcelina przynajmniej nie flirtuje z Julianem. Niech bierze sobie
tego Kennedy’iego. On akurat mnie nie interesował.
- No Mary…Przyznaj
chociaż, że Julian ci się podoba. – Rozkazała przyjaciółka i zaczęła podrzucać
poduszkę.
Zatkało mnie, a moja twarz automatycznie oblała się
rumieńcem. Na swoje szczęście stałam do niej odwrócona.
- Nie mów do mnie
Mary.-Starałam się zmienić temat.
- Nie odwracaj
kota ogonem. – Prychnęła.
- Przestań. –
Warknęłam, a Marcelina rzuciła we mnie poduszką. Oddałam jej z całej siły. Ta
udając, że umiera stoczyła się na podłogę. Parsknęłam śmiechem i stanęłam w
drzwiach.
- Przyjdź do nas
jak wydoroślejesz. – Powiedziałam z uśmiechem i zeszłam na dół.
Julian i Kennedy siedzieli przy stole rozmawiając.
- Cześć. –
Przywitał się cicho Julian gdy mnie zobaczył.
- He… - Urwałam, bo
znów zaczął mówić.
- Gdzie Marcelina?
No jasne. Marcelina i Marcelina. Skoro tak ją lubił czemu
się z nią nie umówił? Niech sam po nią
idzie jak tak zależy mu na jej obecności.
- Zamknij się. Nie
widzisz, że rozmawiamy? – Powiedział Julian i szturchnął Kennedy’iego. Dopiero
po chwili uświadomiłam sobie, że to on zapytał o moją przyjaciółkę. Naprawdę
byłam przewrażliwiona. I chyba zazdrosna.
- Ehm… - Odchrząknęłam.
– Już idzie. Marcelina!
Po chwili obok nas zjawiła się czarnowłosa we własnej
osobie.
- Co robicie? –
Zapytała i niby przez przypadek nachyliła się nad Kennedy’m.
- Tak właściwie to
nic, ale może… - Zaczął brunet i podrapał się w tył głowy. Tak. Był
zakłopotany. Mężczyźni zawsze tak robią gdy chcą zaprosić dziewczynę na randkę.
- Może poszlibyśmy…-
Nie dokończył, bo Marcelina pisnęła jakieś krótkie ,,jasne” i wyciągnęła go z
mieszkania.
- Zazdrosna? –
Zapytał po chwili Julian i uśmiechnął się szelmowsko.
Zakryłam twarz dłońmi żeby ukryć, że znów się rumienię. Skąd
wiedział? Nikt nie jest aż tak przewidujący. Nie do tego stopnia.
- Chciałbyś, co? –
Zapytałam łamiącym głosem. No to po mnie.
Nagle Julian znalazł się tuż przy mnie. Odsunął moje ręce od
twarzy. Był tak blisko, że niemal czułam bijące od niego ciepło.
****************************************
Nie zabijajcie za końcówkę ;)
Właśnie że cię jutro zaatakuje za tą końcówkę! Poza tym super rozdział.
OdpowiedzUsuńHistoria idzie w bardzo ciekawym kierunku :)
Nie licz na litość. Rozdział super. Wyjaśniła się sprawa co zrobią po wyjeździe z Londynu. Bardzo mi się podobało. Cieszę się, że Marcelinie też się ktoś spodobał. Życzę weny i uważaj jutro w szkole ~Tini
OdpowiedzUsuńGenialny. Zakończenie tajemnicze, ale jakoś przeżyję. Weny ~Dorcas
OdpowiedzUsuńFajny. Co wy wszystkie macie z tymi zakończeniami?! Oprócz twojego bloga czytam blog Tini i jeszcze jeden i na wszystkich ostatni pojawiają się takie zakończenia. Pozostaje mi tylko uzbroić się w cierpliwość. Jeszcze jedno. Czy Kennedy to nie jest przypadkiem kobiece imię. Weny ~Violetta
OdpowiedzUsuńTen pomysł z imieniem był raczej spontaniczny. Z tych w stylu: ,,Pierwsze co ci przyjdzie do głowy" :) Z tego co wiem to w ogóle nie jest imię tylko nazwisko, ale jeżeli ktoś by się uparł mógłby tak nazwać dziecko. Tak jak niektórzy nazywają je np.Mackenzie czy coś w tym stylu.
OdpowiedzUsuń